Perm-36 na Uralu to najdłużej działający obóz pracy dla więźniów politycznych w dawnym Związku Radzieckim. Do końca 1986 r., czyli pamiętnego spotkania Michaiła Gorbaczowa z Ronaldem Reaganem w Reykjaviku, siedzieli tu politzekowie. - Gorbaczow potrzebował gestu wobec Amerykanów, dlatego zlikwidował cieszący się złą sławą obóz - mówi Wasyl Owsijenko, ukraiński dysydent z czasów radzieckich i jeden z ostatnich więźniów Permu-36, który spędził w nim sześć lat w strefie o zaostrzonym rygorze. Jeszcze na początku lat 80. w Permie-36 z powodu fatalnych warunków i ograniczania dostępu do opieki lekarskiej ginęli więźniowie, wśród nich ukraiński poeta Wasyl Stus czy prowadzący głodówkę dysydent Wołodymyr Marczenko.
Dziś w dawnym obozie mieści się jedyne we współczesnej Rosji muzeum represji totalitarnych, w którym co roku w ostatni weekend lipca odbywa się festiwal Piłorama. Wyrósł z przeglądu
piosenki autorskiej nazywanej w Rosji występami bardów. Szef badającego stalinowską przeszłość stowarzyszenia Memoriał Arsenij Rogiński zaproponował kilka lat temu, by koncerty wzbogacić o dyskusje z udziałem intelektualistów, polityków, działaczy społecznych z Rosji oraz zagranicy, i tak już jest od siedmiu lat. - Piłorama [nazwa pochodzi od piły tartacznej, która znajdowała się w dawnym obozie] to miejsce spotkań i dialogu - tłumaczy mi Aleksiej Simonow, na co dzień szef moskiewskiej Fundacji Obrony Głasnosti, poza tym przewodniczący społecznej rady ustalającej program Piłoramy.
W tym roku główny temat festiwalu to "
Rosja 20 lat po upadku ZSRR" (okrągła rocznica końca imperium przypada w grudniu). Można było obejrzeć filmy dokumentalne oraz dawne kroniki z czasów puczu betonu partyjnego przeciwko Gorbaczowowi w sierpniu '91, który przyspieszył rozpad ZSRR, i dowiedzieć się, co znane osoby robiły w tych dniach, gdy cała Moskwa stała na barykadach.
Aż nie chce się wierzyć, że w dniach obrony przed puczem na ulice Moskwy wyszło ponad 2 mln protestujących mimo groźby wprowadzenia do miasta czołgów i wojska. Dziś na demonstracje opozycji przychodzą w Rosji dziesiątki, góra setki ludzi. I choć ostatni przywódca ZSRR Michaił Gorbaczow nie dojechał do Permu-36 z powodu operacji kręgosłupa, podobnie zresztą jak chory na serce
Lech Wałęsa, to dwa dni festiwalu na Uralu były okazją do podsumowania tego, co zmieniło się przez ostatnie 20 lat w Rosji.
- Nasz kraj jest archipelagiem złożonym z bardzo różnych wysp - mówi Michaił Fiedotow, przewodniczący komisji praw człowieka przy prezydencie Rosji. - Piłorama jest wysepką wolności.
Rzeczywiście, przyjeżdżają tu przede wszystkim byli dysydenci, więźniowie polityczni, politycy demokratyczni, działacze organizacji pozarządowych, prodemokratyczna młodzież, dziennikarze opozycyjnej "Nowej Gaziety". Ale imprezę popierają oraz finansują władze Kraju Permskiego na Uralu, jej gościem był miejscowy deputowany do Dumy z ramienia prokremlowskiej Jednej Rosji Andriej Klimow, wiceszef parlamentarnej komisji spraw zagranicznych - być może z powodu grudniowych wyborów parlamentarnych, przed którymi chciał się przypomnieć wyborcom.
- Uniknęliśmy krwawej wojny domowej - mówił o rozpadzie ZSRR Klimow. - Straciliśmy stabilność, zwiększyły się podziały społeczne, ale zarazem zyskaliśmy niespotykany w historii Rosji poziom wolności, zwiększył się także dobrobyt. 15-20 proc. Rosjan żyje dziś nadal źle, ale pozostali - zdecydowanie lepiej niż w poprzednim systemie.
Co ciekawe, na Piłoramę przyjeżdżają także przeciwnicy przemian demokratycznych, czyli rosyjscy komuniści, a konkretnie - ich lokalna młodzieżówka, ubrani w czerwone koszulki i zielone panterki. Kwestionują dyskusje o represjach stalinowskich, rozstawiają namioty z portretami twórcy sowieckiej bezpieki Feliksa Dzierżyńskiego oraz stalinowskiego prokuratora Wyszyńskiego. Michaił Fiedotow: - To tak, jakby na naszą wyspę przypłynęli mieszkańcy innej, ale to niczym nie grozi. Niech nas słuchają, może wtedy zmienią poglądy.
Ale w czasie dyskusji publiczność najgłośniej oklaskiwała właśnie komunistów, a zwłaszcza ich uwagi o tym, że działacze demokratyczni bujają w chmurach, zajmują się przeszłością, prawami człowieka, ale nie reprezentują zwykłych ludzi. W czasie niektórych dyskusji atmosfera była tak gorąca, że niemal dochodziło do rękoczynów, zwłaszcza gdy jeden z działaczy komunistycznych zarzucił b. rzecznikowi praw człowieka Siergiejowi Kowaliowowi, że ma na sumieniu życie setek rosyjskich żołnierzy, którzy zginęli w Czeczenii, bo... opowiadał się przeciwko prowadzeniu tej wojny.
Dyrektor muzeum Perm-36 Wiktor Szmyrow nawet w tym widzi mimo wszystko zaletę: - Nasz festiwal staje się forum zupełnie niezależnej wymiany poglądów, której nie ma w parlamencie czy oficjalnych mediach - mówi.
- Tu co roku spotyka się sumienie Rosji, jej najlepsza część - mówi Wasyl Owsijenko. - To nie sztuka zrobić muzeum z chwalebnych kart historii narodu. Sztuką jest przyznać się do błędów, nazwać je, uderzyć się w piersi. Tak naprawdę Perm-36 to muzeum pokuty.