''Habemus papam'', reż. Nanni Moretti. Reżyser (na pierwszym planie) zagrał psychoanalityka, który ma uratować Watykan
fot. Gutek Film
Nanni Moretti o swoim "Habemus papam" pokazywanym dziś na wrocławskich Nowych Horyzontach: - Najlepszy komplement usłyszałem w Cannes od Costy Gavrasa: "Ten film mówi wszystko, nie mówiąc prawie nic"
Fot. materiały organizatorów
''Habemus papam'' Nanniego Morettiego
Tadeusz Sobolewski: W swoim nowym filmie wchodzi pan na teren zarezerwowany dla religii ze świeckimi, humanistycznymi pytaniami. Przypomina to postawę Kieślowskiego. Co taka postawa znaczy dziś we Włoszech?
Nanni Moretti*: Kiedy dziś spotyka się dwóch Włochów, kwestia wiary czy niewiary nie ma dla nich znaczenia. Większość Włochów jest wprawdzie wierząca, ale "po włosku", czyli powierzchownie. W życiu codziennym nie ma podziału na wierzących i ateistów, nie ma między nimi konfliktu.
Natomiast od 17 lat, czyli od wejścia do polityki Berlusconiego, mamy inne przeciwstawienie: elektoratu prawicowego i lewicowego. Te dwa elektoraty nie są w stanie komunikować się z sobą. Kiedyś było inaczej: wyborca chadecji potrafił rozmawiać z wyborcą komunistów. Dziś te dwa światy z sobą nie rozmawiają.
Ja w "Habemus papam" chciałem pokazać, jak się spotyka świat wiary i niewiary. W jednym obrazie, nie wdając się w skomplikowane wywody.
Po śmierci papieża otwiera się szczelina w dotychczasowym porządku.
- Film dzieje się w zatrzymanym czasie. I kardynałowie w bazylice, i wierzący na placu św. Piotra znajdują się w stanie zawieszenia.
Co będzie dalej? Nowo wybrany papież Melville właśnie przez to, że jest taki ludzki, nie może być papieżem. Nie chce.
- Najpierw mówi o potrzebie wielkiej zmiany, o tym, że potrzebny jest przewodnik, który umie kochać wszystkich. Tłum na placu św. Piotra oklaskuje go, jest szczęśliwy.
Zaraz potem przychodzi moment dramatyczny, ciemny, podkreślony rozdzierającą muzyką Arvo Pärta...
- Papież rezygnuje. Ten ludzki gest wywołuje oszołomienie, rozpacz - inną wśród wiernych, inną wśród kardynałów, którym wydaje się, że chwieje się sam fundament Kościoła. Ludzie zostają bez przewodnika. A wszystko za sprawą jednego bardzo ludzkiego gestu.
Leszek Kołakowski w eseju o reformacji i Erazmie z Rotterdamu przywołał renesansowy pogląd, że "Kościół nie jest celem samoistnym". Ówcześni filozofowie stawali przed alternatywą: albo chrześcijaństwo, albo Kościół. Panu ona jest bliska?
- Wolałbym, żeby to wierzący mówili, jakiego papieża potrzebują, jaki powinien być Kościół. Ja nie głoszę kazań. Chciałem tylko opowiedzieć historię człowieka, który nie daje sobie rady.
Ale po co się troszczyć o Kościół i papieża? Można przecież nie chodzić do kościoła i nie wierzyć.
- Dla człowieka wierzącego przyszłość Kościoła jest ważna.
A dla niewierzącego?
- Dla niewierzącego czy w ogóle dla obywatela Włoch ważne jest, aby klasa polityczna nie dała się zastraszyć przez stanowisko obcego państwa. Jest nim Watykan. Kościół za bardzo ingeruje, ma za duży wpływ i na lewicę, i na prawicę.
Przedtem było inaczej?
- Włoska chadecja, partia par excellence katolicka, była czymś w rodzaju bufora. Paradoksalnie, właśnie ona mogła stawiać czoła ingerencji Kościoła w politykę włoską.
Mówiąc o pana filmie, popada się w straszną powagę, a przecież jest to film lekki, chwilami komediowy. To, co niemożliwe, staje się na moment możliwe. W czasie papieskiego bezkrólewia spotykają się różne światy, które normalnie nie mogą się spotkać: religia, psychoanaliza, teatr, sport.
- Po projekcji w Cannes najlepszy komplement usłyszałem od Costy Gavrasa: "Ten film mówi wszystko, nie mówiąc prawie nic". Nie chciałem poruszać sprawy celibatu ani roli kobiety w Kościele - nic z tych rzeczy. Pokazałem tylko dziecinnych kardynałów, którzy grają w siatkówkę. I przez to, myślę, dotknąłem czegoś poważnego.