http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kardynałowie grają w siatkówkę

Rozmawiał Tadeusz Sobolewski
2011-07-29, ostatnia aktualizacja 2011-07-29 13:55

''Habemus papam'', reż. Nanni Moretti. Reżyser (na pierwszym planie) zagrał psychoanalityka, który ma uratować Watykan
''Habemus papam'', reż. Nanni Moretti. Reżyser (na pierwszym planie) zagrał psychoanalityka, który ma uratować Watykan
fot. Gutek Film

Nanni Moretti o swoim "Habemus papam" pokazywanym dziś na wrocławskich Nowych Horyzontach: - Najlepszy komplement usłyszałem w Cannes od Costy Gavrasa: "Ten film mówi wszystko, nie mówiąc prawie nic"

''Habemus papam'' Nanniego Morettiego
Fot. materiały organizatorów
''Habemus papam'' Nanniego Morettiego
Tadeusz Sobolewski: W swoim nowym filmie wchodzi pan na teren zarezerwowany dla religii ze świeckimi, humanistycznymi pytaniami. Przypomina to postawę Kieślowskiego. Co taka postawa znaczy dziś we Włoszech?

Nanni Moretti*: Kiedy dziś spotyka się dwóch Włochów, kwestia wiary czy niewiary nie ma dla nich znaczenia. Większość Włochów jest wprawdzie wierząca, ale "po włosku", czyli powierzchownie. W życiu codziennym nie ma podziału na wierzących i ateistów, nie ma między nimi konfliktu.

Natomiast od 17 lat, czyli od wejścia do polityki Berlusconiego, mamy inne przeciwstawienie: elektoratu prawicowego i lewicowego. Te dwa elektoraty nie są w stanie komunikować się z sobą. Kiedyś było inaczej: wyborca chadecji potrafił rozmawiać z wyborcą komunistów. Dziś te dwa światy z sobą nie rozmawiają.

Ja w "Habemus papam" chciałem pokazać, jak się spotyka świat wiary i niewiary. W jednym obrazie, nie wdając się w skomplikowane wywody.

Po śmierci papieża otwiera się szczelina w dotychczasowym porządku.

- Film dzieje się w zatrzymanym czasie. I kardynałowie w bazylice, i wierzący na placu św. Piotra znajdują się w stanie zawieszenia.

Co będzie dalej? Nowo wybrany papież Melville właśnie przez to, że jest taki ludzki, nie może być papieżem. Nie chce.

- Najpierw mówi o potrzebie wielkiej zmiany, o tym, że potrzebny jest przewodnik, który umie kochać wszystkich. Tłum na placu św. Piotra oklaskuje go, jest szczęśliwy.



Zaraz potem przychodzi moment dramatyczny, ciemny, podkreślony rozdzierającą muzyką Arvo Pärta...

- Papież rezygnuje. Ten ludzki gest wywołuje oszołomienie, rozpacz - inną wśród wiernych, inną wśród kardynałów, którym wydaje się, że chwieje się sam fundament Kościoła. Ludzie zostają bez przewodnika. A wszystko za sprawą jednego bardzo ludzkiego gestu.

Leszek Kołakowski w eseju o reformacji i Erazmie z Rotterdamu przywołał renesansowy pogląd, że "Kościół nie jest celem samoistnym". Ówcześni filozofowie stawali przed alternatywą: albo chrześcijaństwo, albo Kościół. Panu ona jest bliska?

- Wolałbym, żeby to wierzący mówili, jakiego papieża potrzebują, jaki powinien być Kościół. Ja nie głoszę kazań. Chciałem tylko opowiedzieć historię człowieka, który nie daje sobie rady.

Ale po co się troszczyć o Kościół i papieża? Można przecież nie chodzić do kościoła i nie wierzyć.

- Dla człowieka wierzącego przyszłość Kościoła jest ważna.

A dla niewierzącego?

- Dla niewierzącego czy w ogóle dla obywatela Włoch ważne jest, aby klasa polityczna nie dała się zastraszyć przez stanowisko obcego państwa. Jest nim Watykan. Kościół za bardzo ingeruje, ma za duży wpływ i na lewicę, i na prawicę.

Przedtem było inaczej?

- Włoska chadecja, partia par excellence katolicka, była czymś w rodzaju bufora. Paradoksalnie, właśnie ona mogła stawiać czoła ingerencji Kościoła w politykę włoską.

Mówiąc o pana filmie, popada się w straszną powagę, a przecież jest to film lekki, chwilami komediowy. To, co niemożliwe, staje się na moment możliwe. W czasie papieskiego bezkrólewia spotykają się różne światy, które normalnie nie mogą się spotkać: religia, psychoanaliza, teatr, sport.

- Po projekcji w Cannes najlepszy komplement usłyszałem od Costy Gavrasa: "Ten film mówi wszystko, nie mówiąc prawie nic". Nie chciałem poruszać sprawy celibatu ani roli kobiety w Kościele - nic z tych rzeczy. Pokazałem tylko dziecinnych kardynałów, którzy grają w siatkówkę. I przez to, myślę, dotknąłem czegoś poważnego.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 6 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':