W czerwcu nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka ukaże się "Harda", najnowsza powieść Elżbiety Cherezińskiej, której bohaterką jest Świętosława, córka Mieszka i siostra Chrobrego, królowa Szwecji, Danii, Norwegii i Anglii


Słońce zaszło płomienną łuną. Mężczyzna z jastrzębiem na ramieniu jechał na zachód wprost w krwistą poświatę. Krzyknęły ostatnie ptaki wracające do gniazd. Nad podmokłymi łąkami po obu stronach traktu zaczęły się unosić chłodne, siniejące pasma mgły. Na kolanach i udach czuł wilgotny chłód. Po dłuższej chwili czerwień rozpłynęła się, ustępując miejsca fioletom i granatom.

Ponaglił konia, gdy na drogę wybiegła chmara jeleni pod przewodem starej łani. Szły na żer. Ściągnął wodze.

Gdy przeszły, chciał ruszyć dalej, ale wierzchowiec cofnął się, parsknął, rzucił łbem, zastrzygł uszami. Jastrząb przestąpił z nogi na nogę.

Na trakt, niczym dziewięć strzał, wyskoczyła wataha wilków. Trzy potężne samce już rozdzielały się, by osaczyć stado. Za nimi susami podążały samice. Mógł zdjąć z pleców łuk, ale po co? Silniejszy musi wygrać, znał to aż do bólu. Jelenie i wilki zniknęły w wilgotnym mroku łąki, koń ruszył przed siebie. Nad majaczącym z boku łęgowym lasem wschodził księżyc. Rozmazany mgłą krąg tuż przed pełnią. Odruchowo zdjął kaptur i pokłonił się.

Spiął konia. Prowadziło go chłodne światło Księcia Nocy i nim zapadł mrok, usłyszał ujadanie psów. Gród był blisko.

***

Jastrząb przeszedł po twardej skórze rękawicy na drzewiec wypalonej pochodni. Poruszył skrzydłami. Nie zaskrzeczał.

Stała nago zwrócona twarzą do paleniska. Robiła to często, jakby chciała przyjąć w siebie ciepło płomieni. Dotknął jej pleców. Drgnęła, uniosła ramiona i wyjęła z włosów szpilę. Ciężkie sznury warkoczy leniwie zsunęły się na plecy. Wsunęła w nie palce i niespiesznie, bezwiednie zaczęła rozplatać. Stał za nią i oddychał coraz szybciej.

Szarpnęła warkocz i syknęła. Chwycił ją za dłoń. W kosmyk wplątała się srebrna spirala jej pierścienia.

- Muszę go zdjąć - szepnął jej do ucha. W nozdrzach poczuł woń jej włosów.

- Nic więcej na sobie nie mam - odchyliła głowę w tył i oparła na jego piersi.

Pasmo po paśmie wyplątywał włosy z klejnotu, który założył jej na palec kilka lat wcześniej. Wreszcie skończył i sięgnął do drugiej dłoni, wyjął z niej szpilę, odłożył na skrzyni przy łożu. Odwróciła się, przekładając długie pasma włosów z pleców na piersi. Gdzieś niedaleko, za grubą ścianą dworzyska, rozszczekały się psy. W oddali odpowiedziało im wycie.

- Zdejmiesz żelastwo? - spytała, poruszając nosem. - Nie jestem córką kowala, żeby cię rozkuwać.

Mówiła to za każdym razem i zawsze rozśmieszało go tak samo. Zrzucił kolczugę, opadła na ziemię z metalicznym chrzęstem. Zdjął skórzany kaftan. Koszulę. Zastygł na chwilę, napawając się ciepłem płomieni na nagiej skórze. Wzruszyła ramionami i poszła do łoża. Niedźwiedzia skóra tłumiła jej kroki.

- Pospiesz się. Zawsze muszę na ciebie czekać.

- No, już ostatni raz - powiedział, patrząc, jak kropla żywicy z sykiem skacze po płonącym polanie. - Obiecuję.

- Nie obiecuj mi nic, czego nie możesz spełnić tej nocy - szepnęła, wyciągając po niego ręce.

Wpadł wprost na miękkie łąki piersi, wdychając woń włosów jak wonnych szuwarów. Zamruczała, zagarniając go na siebie; zatrzymał się na popas jednego pocałunku, a potem uciekł w dół, na podmokłe łąki.

- Zanurz się - jęknęła.

- Potem - szepnął. - Jechałem z daleka i jestem spragniony, napój mnie...
Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej