Artur Domosławski: Kiedy w pierwszej połowie lat 90. pisał pan swój słynny "Dżihad kontra McŚwiat", chyba nikt sobie nie wyobrażał, że dekadę, która teraz się kończy, rozpocznie tak spektakularne zderzenie obu tych sił - zamach 11 września na Nowy Jork i Waszyngton. Benjamin Barber: Przeszliśmy dość niezwykłą drogę od kompletnej nieświadomości, obojętności, ignorowania zagrożenia, do obsesyjnego przerażenia. Odpowiadając na zagrożenie terrorystyczne, skoncentrowaliśmy się na symptomach, nie na przyczynach. Wypowiedzieliśmy wojnę Al-Kaidzie, najechaliśmy Afganistan,
Irak, ale nie zrozumieliśmy przyczyn tego, co się stało.
Nie podjęliśmy polityki, która "atakowałaby" źródła globalnych nierówności między Północą a Południem, między McŚwiatem, czyli agresywną, materialistyczną kulturą Zachodu a światem tradycjonalnych społeczeństw, biedy i braku szans. A to wszystko oznacza - w moim przekonaniu - że nie radzimy sobie z problemem, jak i zagrożeniami, jakie on niesie.
Patrząc z perspektywy końca dekady - jakie jest dziedzictwo 11 września? - Głównym rezultatem naszej polityki było wytworzenie atmosfery strachu, wręcz paranoi i obsesji, która u kresu dekady zbiegła się z niepokojami związanymi z zapaścią systemu gospodarczego. Z jednej strony mamy więc walczący dżihad, z drugiej - nieuregulowany, konsumpcjonistyczny kapitalizm McŚwiata, który doprowadził do katastrofy zarówno gospodarki Zachodu, jak i w pewnym stopniu całego globalnego rynku. Niestety, ludzie na Zachodzie wciąż mają obsesję na punkcie terroryzmu i kapitalizmu, mało kto myśli o demokracji i jej przyszłości.
Jak rozumiem, nie uważa pan, byśmy - mimo podejmowanych przez rządy gigantycznych wysiłków na rzecz zapewnienia bezpieczeństwa - byli dziś bezpieczniejsi niż przed 11 września? - Sądzę, że jesteśmy mniej bezpieczni niż dziesięć lat temu. Owszem, jest pewien postęp w ściganiu paru najbardziej znanych postaci świata terroryzmu, natomiast w walce z terroryzmem jako zjawiskiem nie widzę specjalnych sukcesów.
W Ameryce efektem strachu i paniki, jaką wywołał zamach 11 września, był nowy, agresywny unilateralizm. Prezydent Bush uznał, że
Ameryka sama będzie decydować o porządku światowym, a jej sojusznicy, tacy jak
Wielka Brytania czy Polska, mogą ewentualnie się do nas przyłączyć, lecz nie współdecydować.
Tymczasem 11 września ujawnił jeszcze jedną niezwykle ważną prawdę o naszych czasach - że żyjemy w świecie współzależności, w którym żaden kraj, nawet najpotężniejszy, nie jest w stanie działać skutecznie w pojedynkę. A
Stany Zjednoczone w okresie prezydentury Busha próbowały tak właśnie działać. To był fatalny błąd.
Wraz z dojściem do władzy Baracka Obamy unilateralne podejście zmieniło się tylko w teorii, niestety, nie w praktyce. Wciąż uczestniczymy w wojnach irackiej i afgańskiej, jesteśmy uwikłani w Jemenie i Pakistanie, i bynajmniej nie działamy tam w interesie wielostronnej, międzynarodowej współpracy.
Niektórzy obserwatorzy zwracają uwagę, że ostatnia dekada była dekadą religijnego renesansu - zarówno za Zachodzie, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, jak i w krajach Południa, głównie tam, gdzie istotną rolę odgrywa islam. Gdzie tkwią, pana zdaniem, źródła tego zjawiska? - Jego korzenie są wcześniejsze, sięgają lat 90., a nawet 80. Stany Zjednoczone znalazły się w schizofrenicznej sytuacji - z jednej strony są najbardziej religijnym krajem Zachodu, ludzie chodzą w niedziele do kościołów o wiele bardziej masowo niż w jakimkolwiek inny kraju zachodnim, wielu z nich charakteryzuje religijność dewocyjna, wręcz fanatyczna, a z drugiej strony jesteśmy społeczeństwem najbardziej materialistycznym i skomercjalizowanym. Niektórzy z ludzi, którzy są religijnymi fundamentalistami, oddają się najbardziej rozpasanemu konsumpcjonizmowi.
Z kolei w islamskiej części świata agresywny konsumpcjonizm napędza fundamentalizm religijny. Wszędzie tam, gdzie agresywna kultura McŚwiata "atakuje" świat tradycji i religii, próbuje go zmiażdżyć, jako reakcja rodzi się fundamentalizm o podłożu religijnym.
Ale ten konflikt nie jest nieuchronny. Przykładem jest Turcja, w której obserwujemy odrodzenie umiarkowanego i zarazem silnego islamu, wiary religijnej, która nie ma charakteru fundamentalistycznego, a zarazem kraj ten może się pochwalić sukcesami gospodarki kapitalistycznej. To pokazuje, że obaj "gracze", tj. religia i kapitalizm, nie wykluczają się nawzajem, mogą pokojowo współistnieć. Dopiero gdy jeden z nich chce dominować, zawłaszczyć dla siebie zbyt dużo przestrzeni, dochodzi do zderzenia.
George Soros ukuł określenie "kapitalistyczni fundamentaliści", które bardzo mi się podoba, bo przecież obok religijnego fundamentalizmu istnieje również ten rynkowy, który niszczy demokrację. I nie mam na myśli jedynie amerykańskich Republikanów, ale także Demokratów, nie tylko brytyjskich torysów, ale również liberałów i ludzi Partii Pracy - wszyscy oni są dziś głęboko nieufni wobec demokracji i roli rządu, co jest - niestety - zwycięstwem neoliberalizmu i rynkowego fundamentalizmu.
Czy religijne odrodzenie wśród biedoty Południa, wśród mieszkańców slumsów Rio de Janeiro, Nairobi, Gazy, Kairu, może być konsekwencją - jak uważają niektórzy pisarze polityczni - porzucenia tych ludzi przez siły, nazwijmy je postępowymi czy broniącymi demokracji przed rynkowym fundamentalizmem? Czy dlatego Duch Święty wygrywa z Karolem Marksem? - Częściowo tak, ale dostrzegam w tej diagnozie uproszczenie. Na przykład w
USA - jak ukazują badania - ludzie z klasy średniej są bardziej religijni niż ludzie biedni. Nie bardzo też wierzę w to, że religijność jest w sposób konieczny związana z biedą. Istnieje raczej część natury ludzkiej poszukująca jakiejś siły wyższej, przynależności do wspólnoty wierzących, dobrej nowiny, które pomagają żyć - tak było zawsze. Religijność to nie tylko efekt resentymentów ludzi ubogich, takie podejście ma coś z postawy paternalistycznej. Owszem, zdarza się, że skrajna nędza czyni ludzi bardziej religijnymi, ale jeszcze częściej czyni ich bardziej cynicznymi i pasywnymi.
Jedną z reakcji na odrodzenie religijne zarówno w USA, jak w i niektórych krajach Południa, jest pojawienie się radykalnego ateizmu. Nie jest to może wielki ruch, raczej donośne głosy znanych intelektualistów, autorów, którzy wściekle atakują religię jako rodzaj powrotu do średniowiecza. Nie uważa pan, że to nieporozumienie? Że odpowiedź radykalnych ateistów nie dotyka tego, że dzisiejsza religijność to rewers nowoczesności, albo - jak mówią niektórzy komentatorzy - niechciane dziecko braku szans, demograficznej eksplozji i wielu innych, zupełnie nowoczesnych, wcale nie średniowiecznych zjawisk? - Kompletnie odrzucam podejście, które reprezentuje mój dawny przyjaciel Christopher Hitchens [autor ateistycznej książki manifestu "Bóg nie jest wielki"]. Religia jest obecna od tysięcy lat zarówno w społeczeństwach pokojowych, jak i wojennych, materialistycznych, jak i takich, w których kwestie duchowe są ważne. Traktowanie jej wyłącznie jako przesądów ludzi ciemnych, niewykształconych - jak to czynią radykalni ateiści - to absurd.