Ciężko ci tam, Kamilku? - pytała po jego pierwszym dniu "na bambrach". "Babciu, tam jest wspaniale! Wszyscy się śmieją, że sięgam do jabłek bez drabinki!" - mówił, nabijając sobie guza o futrynę. (Zawsze zahaczał przez swoje 2 m i 7 cm wzrostu). Nazajutrz o świcie Kamil nie dojechał do sadu. Jego mama Mariola też. I Adaś z Brzustowic... Zginęli wszyscy. Po zderzeniu z tirem we mgle. Czternastu mężczyzn i cztery kobiety, upchnięci w blaszanej ładowni busa. Mieszkali w 4-tysięcznych Drzewicach albo w okolicznych wioskach.
Wypadek na drodze wojewódzkiej 707 za Nowym Miastem nad Pilicą 12 października o godz. 6.18 zaszokował Polskę. Strażacy, którzy pierwsi uchylili tylne drzwi czerwonego volkswagena, odganiają dziś z pamięci tamten widok. W czasie jazdy pasażerowie siedzieli na prowizorycznych deskach, skrzyniach, drewnianych pieńkach. Może na kolanach. Kamil Klata na pewno nie stał, bo był za wysoki. - A stoją często. Zresztą osiemnastu ludzi w busie to żaden rekord. Wszyscy tu wiedzą, że rekord to 25 - mówi benzyniarz na małej stacji za Drzewicą. To pogranicze województw łódzkiego i mazowieckiego, przy drodze z Końskich do Grójca.
Mariola Klata (50 lat) Kamil Klata (19 lat)
Schludne M3 na os. Chrobrego (to kilka bloków nad jeziorem postawionych przez państwową fabrykę Gerlach w latach 80.). Krystyna Madzio (75 lat) z wnuczką Anią (17 lat) palą świeczkę na ołtarzyku, który urządziły w lśniącej meblościance. W ramce po lewej fotografia wnuka i brata, a po prawej córki i mamy. Prawie 30 lat Mariola Klata przepracowała jako kompleterka w Gerlachu. Odbierała, sprawdzała i pakowała noże żniwne. A gdy w 2002 roku sprywatyzowano fabrykę i zatrudnienie spadło z 3,5 tys. do obecnych 150 osób, zrobiła kurs ochrony. Zdobyła pozwolenie na broń i pilnowała na wartowni Gerlacha SA. Wkrótce ochroniarzy też wyrzucono i Mariola trafiła na kuroniówkę. Przyjęła się na taśmę w fabryce ciastek w Mogielnicy. Zasłabła, lekarze wykryli guz w prawym płucu. - Zoperowali córkę, ale nie poddała się i po dwóch latach znowu stała przy taśmie. Ciężka praca i marny zarobek, na rękę 1100, 1050 złotych, a w domu bez męża dwoje dzieci - wspomina matka. Czasem w czwartki i piątki Mariola wybierała urlop, żeby jechać do gospodarzy pod Grójec. W maju rabarbar, a do końca października jabłka.
Córka Marioli 17-letnia Ania patrzy na balkon. Latem w ciepłe wieczory siadywały tu z mamą i rozmawiały o życiu. - Na balkonie miesiąc przed wypadkiem powiedziałam mamie, że zaszłam w ciążę. Najpierw nie wierzyła, a potem przytuliła mocno - mówi Ania i poprawia świeczkę na meblościance. Zapaliły ją z babcią, bo dziś święto Niepokalanego Poczęcia i 50. urodziny Marioli.
Balkon przypomina też ten sznur w kształcie szubienicy, który wieszał pijany ojciec, żeby dyndał na postrach. Uciekli przed nim w grudniu, osiem lat temu, w papciach po śniegu. Wrócili, gdy przepił już wszystko i zniknął po eksmisji. Przyjechał na pogrzeb do Drzewic. Trochę częściej dzwoni i pyta, czego potrzeba Ani.
- Kamilkowi taty na pewno brakowało bardziej - zamyśla się Ania, patrząc na zdjęcie brata. Przycięty na jeża, a zawsze marzył o dredach, ale robiły mu się loki i nie potrafił ich sfilcować. Mieszkał w internacie w Przysusze, kończył technikum spożywcze. Od dziecka uwielbiał gotować (pyszne kotlety mielone, na wigilię lepił pierogi). Ostatni miesiąc życia Kamil spędził na Mazurach na praktyce wakacyjnej. W sobotę miał 19. urodziny, a w poniedziałek mama pierwszy raz zabrała go na jabłka. - Daję dzieciom z renty kieszonkowe, Ani 5 złotych, a Kamilkowi 10. Tak się cieszył, że siedem razy więcej zarobi za dniówkę w sadzie - płacze babcia. Gdy została "rodziną zastępczą" wnuczki, Ania straciła zasiłek mieszkaniowy, bo przez zniknięcie dwóch domowników dochód przekroczył kryterium ustawowe. Znowu obniży się w marcu, kiedy Ania urodzi dziecko, a za dwa lata weźmie ślub z Pawłem, którego brat zginął w tym samym wypadku.
Tylko Paweł nie jeździł na jabłka. Pracuje w Warszawie, w budowlance na dachach, zakłada dachówki i okna. Na czarno, jak większość młodych mężczyzn z Drzewic. Wyjeżdżają w poniedziałki o 4 rano, wracają w piątki wieczorem. Na szosie kolumny aut snują się wtedy całymi godzinami. Śpią pokotem w wynajętych kawalerkach, gotują sami. Burmistrz Drzewic Janusz Reszelewski uważa, że tego trendu odwrócić się już nie da: kapitalizm to duże ośrodki, które wsysają siłę roboczą z obrzeży. Z ciekawości w poniedziałek rano liczył kiedyś rejestracje na drodze do stolicy i wyszło, że więcej niż tych z Drzewic jeździ do stolicy tylko z Jędrzejowa, z Kieleckiego. Dziewczyny dowcipkują, że Drzewice w tygodniu to "miasto kobiet". Ale po cichu drżą o rodziny, bo wiele z nich nie wytrzymuje rozłąki.
Mirosław Bogatek (42 lata) - Przez budowlankę myśmy wymyślili tego busa, bo Mirka przedtem nigdy nie było w domu, stale na budowach. Dopiero co się zeszliśmy, wynajęliśmy mieszkanie. Byłam wdową z dwójką dzieci, urodziła nam się dziewczynka - mówi Sylwia Madej, która po wypadku dostała od gminy interwencyjną pracę, żeby utrzymać Mateusza (11 lat), Kasię (8 lat) i dwuipółroczną Anię, która ciągle choruje. Sylwia za najniższą krajową pensję zmywa w przedszkolu naczynia i sprząta. Po wypadku nie oglądała telewizji i teraz się nerwowo dopytuje, który z urzędników obiecywał przed kamerami, że wszystkie dzieci ofiar mogą liczyć na specjalną rentę od rządu (Ani odmówiono, bo Mirek tylko 15 miesięcy opłacał KRUS, a prawo wymaga pięciu lat).
Volkswagen z 1991 roku parkował na placyku pod oknem, blisko bramy Gerlacha, którą teraz zaślepiono, a kiedyś o godzinie 14 wylewał się przez nią tłum robotników, jedni skręcali na zakładowe osiedle, drudzy pędzili do PKS-ów, które rozwoziły załogę aż za Odrzywół i pod Opoczno. Kolega Mika sprowadził busa z Niemiec. O świcie we wtorek 12 października Bogatek, jak od trzech lat, ruszył busem do sadu, zabierając ludzi spod sklepu spożywczego na osiedlu, gdzie czekali już chłopcy z Brzustowic, potem przystawał po pasażerów z Żardek i z Zakościela. Miał zrobić dwa kursy, bo w sadzie ruszyła robota i każdy prosił: "Mirek, weź mnie!".
Siostra Krystyna: - Gdyby nie zabrał, wzięliby go na języki, że na złość pozbawił kogoś 70 złotych.
Ksiądz Robert Kowalski, wiceszef Caritasu diecezji radomskiej, który pomaga rodzinom ofiar: - To nie byli ludzie, którzy wypełniają korytarze pomocy społecznej albo stoją u nas w kolejkach po paczki. Wszyscy żyli poniżej średniego standardu, potrzebowali zarobić na dług w spółdzielni, na wesele dziecka, na remont starej chałupy. Mieli jasny cel. Chcieli po ludzku polepszyć swój los.
Jan Rzeźnik (58 lat)
Kamil Kaczmarek (26 lat)
Adam Szczepanik (21 lat)
- Umarli najlepsi ludzie, bo tacy z Mirkiem jeździli. Bo jeżdżą i tacy, którzy zarobią i od razu pod sklep - oceniają drzewiczanie. Bogatek od 12 lat nie tolerował alkoholu (swoim czerwonym busem woził ludzi do Częstochowy na spotkania AA). Jak zauważył w aucie piwo, to koniec, nie zabierał na drugi dzień. Każdy bamber doceniał jego zespół. Ale jak zeszłej zimy Mirek zobaczył krajana chwiejącego się w zaspie, zawrócił busa i odwiózł do wsi 4 km, do matki. Na pogrzebie szeptała: "Matko Boska, kto tego mojego dziada będzie teraz ratował?".
Gdy z kościoła św. Łukasza w Drzewicy wynoszono 18 trumien, przed każdą szedł strażak OSP z tabliczką nagrobną, a przy ryneczku na czoło konduktu wyjechały dwa wozy Ochotniczej Straży Pożarnej, bo w busie Bogatka umarło aż sześciu druhów (sam Mirek, Jan Rzeźnik z Żardek, Kamil Klata, Adam Szczepanik, Marcin Celej z Brzustowca i Kamil Kaczmarek z Radzic).
Każdego ranka zawsze po przyjeździe busa do sadu Sylwia odbierała telefon: "Buzia, dojechałem szczęśliwie!". We wtorek telefon też zadzwonił, ale w słuchawce usłyszała tylko nerwowy głos siostry Mirka: "Sylwia! Jaką on miał rejestrację?!".
Dwa dni temu urzędnicy wezwali do opłacenia raty OC ("Ja nie rozumiem polskiego prawa. Nie chcę widzieć tego auta. Zostały z niego może dwa koła, prokuratura zatrzymała wrak na komendzie w Grójcu jako dowód rzeczowy i dała mi pismo, że nie nadaje się do użytku. A kierownik wydziału komunikacji w Opocznie rozłożył ręce i pokazał przepisy: gdyby samochód spłonął, można wyrejestrować i oddać na złom; jak zgniótł się w miazgę, ale stoi na parkingu, przykro mu, trzeba dalej płacić").
Źródło: Gazeta Wyborcza