http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dotknięcie doktor Yi

Piotr Głuchowski, Marcin Kowalski
2010-07-28, ostatnia aktualizacja 2010-07-28 14:59

Yi Liu-Kabacińska
Yi Liu-Kabacińska
Fot. Tomasz Kaminskii / Agencja Gazeta

W Polsce żyje się dobrze, ale nie ma lekarzy medycyny chińskiej; są w Ameryce, Anglii, lecz nie tu. Za trudny język. Ja postanowiłam się nauczyć - mówi nam doktor Yi Liu-Kabacińska. Ma 28 lat, mówi po chińsku (to oczywiste), po angielsku (perfekcyjnie) po polsku - słabiej, ale zgadza się z nami porozmawiać w tym języku. Zadowolenie pacjenta to jej dewiza

- Różnica między polski a chiński pacjent jest taka, że Chińczycy inaczej dbają o zdrowie, np. grubiej od Polaków ubierają się na nogach. Poza tym polski pacjent jest uprzejmy, ale bezpośredni, mówi o zdrowiu wprost. Chiński często odpowiada do lekarza, jakby nie chciał. Szczególnie na pytania o intymne problemy. To jest związane z chińską kulturą. Ludzie wstydzą się wielu rzeczy powiedzieć, mają nadzieję, że lekarz wszystko sam wybada.

A jak pani bada?

- Lekarz TCM najpierw ogląda, potem słucha, potem pyta i na koniec diagnoza pulsowa. Bada się przez wyczuwanie różnych cech pulsu: jak jest szybki, jak intensywny, czy jest regularny, czy ciągły, i wiele innych. To było rozwijane przez kilka tysięcy lat.

Co to jest TCM?

- Traditional Chinese Medicine.

To się w Chinach studiuje?

- Oczywiście. Sześć lat na uniwersytecie medycznym. W ramach studiów, na tym kierunku, jest też podstawowy moduł medycyna zachodnia. Dlatego w Chinach wszyscy lekarze po moim kierunku mają uprawnienia do wypisywania recept na lekarstwa medycyny zachodniej tak samo jak lekarz w Europie.

Gdzie pani studiowała?

- Na Uniwersytecie Tradycyjnej Medycyny Chińskiej w Shenyang. Wiecie, gdzie to jest?

Nie.

- Tam, gdzie szyja.

Szyja?

- Szyja kurczaka. Widzieliście kiedyś mapę Chin? Chińczycy porównują ją do kurczaka: w sercu jest Pekin, głowa to granicząca z Syberią prowincja Heilongjiang, ogon to Xinjiang na zachodzie, a Shenyang - na szyi. Dziadek był lekarzem tradycyjnej medycyny chińskiej i tata też. Taka konieczność rodzinna, że zostałam lekarzem.

Ale dlaczego w Polsce?

- Moja mama ma koleżankę, której syn studiował tu ekonomię, i opowiadał, jak w Polsce dobrze się żyje. Ale nie ma lekarzy medycyny chińskiej. Chińczycy wyjeżdżają do Ameryki, do Anglii, lecz nie tu. Trudny język. Ja się zdecydowałam. W Chinach pracowałam w szpitalu, gdzie przyjmował mój ojciec. Bardzo monotonna praca. A ja chciałam wyjechać, poznać inną kulturę, mieć w życiu urozmaicenia.

Medycynę chińską praktykuje się w szpitalu?

- Oczywiście. Chiński pacjent może sobie wybrać, czy chce być leczony medycyną zachodnią, czy chińską, a w dużych szpitalach jest pod opieką lekarzy i takich, i takich. Ten szpital, gdzie ja praktykowałam, jest nastawiony głównie na chińską.

Gdzie się pani nauczyła polskiego?

- Tutaj, w Poznaniu. Przyleciałam przez Frankfurt, znałam tylko jedna osoba w Polsce - tego znajomego studenta ekonomii.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 3
  • 9 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':