http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Skąd się biorą niebiańskie ceny

Piotr Głuchowski, Marcin Kowalski
2010-07-27, ostatnia aktualizacja 2010-07-26 08:17

W "chińskiej Wólce" kupują Auchan, Géant, Carrefour i my dwaj. Nasz wybór to piłka mundialowa jabulani "identyczna z oryginałem". Za 10 zł.

Pierwszy rajd po chińskich sklepach zrobiliśmy wiosną 2008 roku. Zaczęliśmy od Słupska, bo to tam otwarto premierowy na Pomorzu chiński market.

Znaleźliśmy go łatwo. Centrum miasta, pierwsze piętro pawilonu z betonu - dawnego Rolniczego Domu Towarowego.

Jak się dowiedzieliśmy, pan Ye Yong i jego brat zaczęli interes nie bez trudności - tuż przed otwarciem polska konkurencja z okolicy "załatwiła" im wizytację kontrolerów z PIP i urzędu wojewódzkiego. Przyjechali nawet funkcjonariusze Straży Granicznej.

- Nic dziwnego - stwierdziły słupskie ekspedientki, zatrudnione przez Chińczyków Polki. - W Centrum Handlowym "Wokulski" na Kołłątaja parasol kosztuje 15 zł, a u nas, w markecie - 5. Chociaż jeden i drugi z Chin.

Jak się konkuruje w Słupsku

Porównaliśmy kilka cen: skórzane buty z czubami, tak zwane kowbojki - u Wokulskiego od 90 zł w górę, a u pana Yonga 55 zł. Komplet dresowy w barwach narodowych - odpowiednio 50 zł na Kołłątaja i 28 zł w markecie braci Ye.

Za tyle samo - 28 zł - można u Chińczyków kupić lampę na biurko "w typie Tiffany'ego".

- Dlaczego tu tak tanio, a tam tak drogo? - zapytaliśmy obu Chińczyków i kupców z Kołłątaja.

Chińczycy (za pośrednictwem skośnookiej kasjerki tłumaczki): - U naś jest towar prosto z chińskiego hurtu, od Wólka Kosowska. Dlatego cena atrakcyjna.

Słupszczanie: - Ping-pongi nie wystawiają faktur, nie dają gwarancji nawet na elektronikę, nie można u nich zapłacić kartą. Ekspedientkom płacą grosze. To mogą sobie ceny zbijać.

Ekspedientki z chińskiego marketu powiedziały nam, że faktycznie dostają najniższą krajową: - Ale w tym się akurat Chińczycy od innych nie różnią, bo tutaj we wszystkich sklepach gówno płacą. A Yong to przynajmniej uprzejmy szef.

Pozostał zatem koronny argument: towary z Chińskiego Marketu to tandeta. Sprawdziliśmy:

* metrowy samurajski miecz z podstawką - do eksponowania na telewizorze (22 zł)

* dziecięcy pistolet maszynowy na kulki z celownikiem laserowym (35 zł)

* parę podświetlanych całujących się łabądków z barwionego szkła (24 zł).

Miecz złamał się pod własnym ciężarem, kiedy Głuchowski oparł go o ścianę.

Pistoletu nie zdołaliśmy uruchomić. W dołączonym woreczku, gdzie miały się znajdować minibaterie, było tylko trochę rdzy i jakiś szary pył, a magazynek podający kulki nie miał wewnątrz sprężynki.

Pozytywka w łabądkach także się zepsuła.

Radosław Pyffel, autor książki "Chiny w roku olimpiady", powiedział nam jednak, że chiński wcale nie znaczy "tandetny".

- Jeśli importer zamówi tysiąc odbiorników radiowych po 5 zł, to zlecenie zostanie wykonane. Po dwóch tygodniach radyjka przestaną działać. Ale Chińczycy wyprodukują też radia po 200 zł za sztukę, w niczym nieodstające od sprzętu najlepszych marek. Sam widziałem w Chinach fabryki, gdzie towary trafiają na odpowiednie regały posegregowane według jakości: na rynek amerykański, osobno na niemiecki i zachodnioeuropejski, dalej rynek Polska - Słowacja - Węgry, później Rumunia - Bułgaria, wreszcie regał Afryka. Nie ma się co łudzić - podbicie handlu w Polsce jest nieuchronne.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':