Pierwszy rajd po chińskich sklepach zrobiliśmy wiosną 2008 roku. Zaczęliśmy od Słupska, bo to tam otwarto premierowy na Pomorzu chiński market.
Znaleźliśmy go łatwo. Centrum miasta, pierwsze piętro pawilonu z betonu - dawnego Rolniczego Domu Towarowego.
Jak się dowiedzieliśmy, pan Ye Yong i jego brat zaczęli interes nie bez trudności - tuż przed otwarciem polska konkurencja z okolicy "załatwiła" im wizytację kontrolerów z PIP i urzędu wojewódzkiego. Przyjechali nawet funkcjonariusze Straży Granicznej.
- Nic dziwnego - stwierdziły słupskie ekspedientki, zatrudnione przez Chińczyków Polki. - W Centrum Handlowym "Wokulski" na Kołłątaja parasol kosztuje 15 zł, a u nas, w markecie - 5. Chociaż jeden i drugi z Chin.
Jak się konkuruje w Słupsku
Porównaliśmy kilka cen: skórzane buty z czubami, tak zwane kowbojki - u Wokulskiego od 90 zł w górę, a u pana Yonga 55 zł. Komplet dresowy w barwach narodowych - odpowiednio 50 zł na Kołłątaja i 28 zł w markecie braci Ye.
Za tyle samo - 28 zł - można u Chińczyków kupić lampę na biurko "w typie Tiffany'ego".
- Dlaczego tu tak tanio, a tam tak drogo? - zapytaliśmy obu Chińczyków i kupców z Kołłątaja.
Chińczycy (za pośrednictwem skośnookiej kasjerki tłumaczki): - U naś jest towar prosto z chińskiego hurtu, od Wólka Kosowska. Dlatego cena atrakcyjna.
Słupszczanie: - Ping-pongi nie wystawiają faktur, nie dają gwarancji nawet na elektronikę, nie można u nich zapłacić kartą. Ekspedientkom płacą grosze. To mogą sobie ceny zbijać.
Ekspedientki z chińskiego marketu powiedziały nam, że faktycznie dostają najniższą krajową: - Ale w tym się akurat Chińczycy od innych nie różnią, bo tutaj we wszystkich sklepach gówno płacą. A Yong to przynajmniej uprzejmy szef.
Pozostał zatem koronny argument: towary z Chińskiego Marketu to tandeta. Sprawdziliśmy:
* metrowy samurajski miecz z podstawką - do eksponowania na telewizorze (22 zł)
* dziecięcy pistolet maszynowy na kulki z celownikiem laserowym (35 zł)
* parę podświetlanych całujących się łabądków z barwionego szkła (24 zł).
Miecz złamał się pod własnym ciężarem, kiedy Głuchowski oparł go o ścianę.
Pistoletu nie zdołaliśmy uruchomić. W dołączonym woreczku, gdzie miały się znajdować minibaterie, było tylko trochę rdzy i jakiś szary pył, a magazynek podający kulki nie miał wewnątrz sprężynki.
Pozytywka w łabądkach także się zepsuła.
Radosław Pyffel, autor książki "Chiny w roku olimpiady", powiedział nam jednak, że chiński wcale nie znaczy "tandetny".
- Jeśli importer zamówi tysiąc odbiorników radiowych po 5 zł, to zlecenie zostanie wykonane. Po dwóch tygodniach radyjka przestaną działać. Ale Chińczycy wyprodukują też radia po 200 zł za sztukę, w niczym nieodstające od sprzętu najlepszych marek. Sam widziałem w Chinach fabryki, gdzie towary trafiają na odpowiednie regały posegregowane według jakości: na rynek amerykański, osobno na niemiecki i zachodnioeuropejski, dalej rynek Polska - Słowacja - Węgry, później Rumunia - Bułgaria, wreszcie regał Afryka. Nie ma się co łudzić - podbicie handlu w Polsce jest nieuchronne.
Źródło: Gazeta Wyborcza