Natalia Waloch: Dlaczego akurat Kopernik został bohaterem pańskiej książki?
Artur Górski: - Mój romans z Kopernikiem trwa od dwóch lat, czyli od czasu afery fromborsko-pułtuskiej. Mam na myśli odkrycie zespołu archeologicznego z Akademii Humanistycznej w Pułtusku kierowanego przez prof. Jerzego Gąssowskiego. Naukowcy ci ogłosili, że w katedrze fromborskiej znaleźli szczątki Mikołaja Kopernika. Wtedy zacząłem pisać o tym jako dziennikarz "Fokusa Historia". To było wielkie wydarzenie. Powrót astronoma do domu, mówię tu o przewiezieniu jego szczątków na uroczystą mszę w katedrze św. Janów w Toruniu, gdzie wieki temu został ochrzczony, odbywał się bardzo hucznie. Mówiły o tym wszystkie media.
Wcześniej zajmował się pan głównie historią PRL i służbami specjalnymi. Dlaczego nagle zaczął pan szperać w biografii Kopernika?
- Pewnego dnia zadzwonił do mnie właściciel gdańskiej kamienicy przy ulicy Mariackiej 1, gdzie chwilę wcześniej znaleziono fragmenty skrzyni prawdopodobnie należącej do Anny Schilling, domniemanej kochanki Kopernika. Odkryto tam również holenderskie fajki. Na pewno Anna nie paliła w nich trawki, chociaż w tamtych czasach działy się różne rzeczy. Kamienicznik zaproponował mi, żebym przyjechał i przeprowadził dziennikarskie śledztwo w sprawie skrzyni i romansu Mikołaja i Anny. Uznałem, że nie mogę przejść obok takiego wydarzenia. To było frapujące, bo tak naprawdę Kopernik wcale nie jest tak dobrze znaną postacią, jak się nam wydaje. Jakiś czas potem pomyślałem o napisaniu książki. Astronom jest w niej bohaterem drugiego planu, natomiast jego dzieło "Narratio prima" stanowi koło zamache akcji. On sam w niej nie występuje, bo rzecz się dzieje współcześnie.
Między słowami pana powieści daje się wyczuć, że wierzy pan w romans Kopernika i Anny Schilling. To tylko podkręcanie fabuły, czy naprawdę jest pan o tym przekonany?
- Historycy od lat się o to spierają. Wielu z nich jest sceptycznych. Nie da się jednak ukryć pewnych oczywistych faktów. Na przykład tego, że zachowały się listy biskupa Dantyszka, zwierzchnika Kopernika, w których pisał, że wie jaka to Sodoma i Gomora odbywa się w kanonii św. Andrzeja we Fromborku, gdzie rezydował astronom.
Jak w każdym dobrym kryminale były też donosy.
- Zgadza się. Kiedy do Dantyszka doszły słuchy, że Kopernik żyje z Anną, polecił mu ją oddalić. Mikołaj był jednak niesubordynowany i dla pozoru odesłał jej rzeczy, ją samą zostawił u siebie. Wtedy zawiedziony, że nie został biskupem, ale wciąż liczący na kościelne zaszczyty niejaki Paweł Płotowski, chcąc się wykazać, doniósł o tym biskupowi. Dantyszek się wściekł i raz jeszcze kazał oddalić Annę, co Kopernik koniec końców musiał zrobić.
Podczas pisania "Zdrady Kopernika" wielokrotnie kontaktował się pan z Jackiem Repcheckiem, autorem biografii Kopernika. Jakie jest jego zdanie na temat romansu?
- Repcheck nie przyjmuje do wiadomości innej teorii, jak tylko ta, wedle której romans miał miejsce. Jego zdaniem przemawia za tym fakt, że Anna Schilling była nie tylko piękna, ale też mądra. Interesowała się astronomią, może również astrologią. Jeśli mieli romans, to nie była tylko kochanką, ale też muzą Kopernika i towarzyszką jego życia intelektualnego.
W pana książce całą kryminalna awantura rozgrywa się wokół legendy, wedle której Kopernik miał się wyrzec swoich teorii ze strachu przed kościelnymi hierarchami. Dowodem na to miał być egzemplarz "Narratio prima", książki napisanej przez Joachima Retyka, który jako pierwszy przedstawił w niej tezy naszego astronoma. W powieści Kopernik miał własnoręcznie skreślić w niej zdanie o odżegnaniu się od własnego odkrycia. Ile w tym prawdy?
- Zmyśliłem to od początku do końca. To tylko oś intrygi, która pozwala działać moim gangsterom i mafiosom polującym na białego kruka, czyli wspomniany egzemplarz dzieła z odręcznie napisanym zdaniem.
To jednak prawdopodobne, że Kopernik się bał wywrotowości własnej teorii.
- Tak, ale pamiętajmy, że w swoim życiu dawał też dowody odwagi. Jak trzeba było, stawiał czoło Krzyżakom, dowodząc obroną zamku w Olsztynie. Z drugiej jednak strony rzeczywiście czas był niebezpieczny. Wkrótce miał się zacząć sobór trydencki - płonęły stosy, trwały procesy kanoniczne. Taki proces groził i jemu.
Jakim cudem uniknął kłopotów?
- Uratowało go to, że był kanonikiem i naukowcem, mieszkającym na prowincji Europy. Gdyby swoje tezy głosił w jakimś ważniejszym mieście europejskim - przy całym szacunku dla Frombroka - jego losy mogłyby być dużo bardziej dramatyczne.
Przysłużył mu się chyba też teolog Andrzej Osiander, który sprawował opiekę wydawniczą nad dziełem "O obrotach sfer niebieskich".
- To prawda. Osiander bez wiedzy astronoma dodał do jego dzieła przedmowę, w której treść przedstawił jedynie jako hipotezy. To on też dodał do tytułu owe "sfery niebieskie", których w oryginale nie było. Do dziś nie bardzo wiadomo, dlaczego to zrobił. Tak jak nie wiadomo, jak duże piętno Osiander wywarł na dzieło astronoma. Trudno też powiedzieć, czy Kopernik na łożu śmierci w ogóle zobaczył swoje dzieło gotowe do wydania. Był po wylewie. Nie wiemy, czy stan zdrowia pozwolił mu się ucieszyć z końcowego efektu.
Fabuła pana powieści nie kręci się jednak wokół "O obrotach ", lecz wokół "Narratio prima". Skąd to przeniesienie ciężaru na dzieło Retyka?
- Pamiętam z lektur, jakie czytałem podczas dziennikarskiego śledztwa, że "Narratio prima" było w tamtych czasach znacznie popularniejsze niż dzieło Kopernika. Ludzie często rzucają się na bryk. Retyk pisał przystępniej, a pełna obliczeń książka Kopernika dla wielu czytelników była niezrozumiała. To właśnie sukces "Narratio prima" prawdopodobnie przekonał Kopernika do wydania własnego dzieła. Książka Retyka, podobnie jak dzisiejsze tabloidy, zaspokoiła głód informacji.
Jak się pisze kryminał z historią w tle? To, od czasu "Kodu Leonarda da Vinci" jeden z najpopularniejszych gatunków.
- Zgadza się. Moja książka to literatura popularna, mająca przynosić głównie rozrywkę. Bardzo zresztą zazdroszczę pisarzom reprezentującym literaturę wysoką, bo mają łatwiejszą robotę do wykonania. Naprawdę. Z sensacją historyczną trzeba się sporo nabiegać. Najpierw wymyśliłem zręby historii, konstrukcję fabuły. Potem była gigantyczna kwerenda biblioteczna. Wiedziałem, że w powieści nie może być błędów merytorycznych, bo ludzie każdy wychwycą. To było trochę jak pisanie doktoratu, w sensie ilości źródeł, do których musiałem zajrzeć. Biegałem do Państwowej Akademii Nauk, pomagał mi też profesor Andrzej Januszajtis, wybitny znawca Gdańska. Rozmawiałem z archeologami i historykami. Śledziłem wszystko, co ukazywało się w prasie. Musiałem też zorientować się w realiach epoki. Czytałem sporo o protestantyzmie, o innych wielkich myślicielach epoko, jak choćby Giordano Bruno. Są tematy, które uskrzydlają, nad którymi chętnie się pracuje. Życie Kopernika to jeden z nich.
A odwiedzał pan miejsca związane z astronomem, które potem pan opisał, czy tylko studiował plany miast i zdjęcia w internecie?
- Odwiedzałem. Byłem w Olsztynie, Fromborku i Gdańsku. I oczywiście w Toruniu. To fantastyczne miasto, każdemu polecam wycieczkę.
Ma pan jakiś odzew na "Zdradę Kopernika" ze środowiska historyków?
- Historycy na ogół nie zniżają się do czytania takich powieści jak moja, albo się do tego nie przyznają. Natomiast miałem odzew po tekście o romansie Kopernika z Anną Schelling, który ukazał się w "Focus Historia". Nie był zbyt przychylny. Wielu historyków nie ma woli odkrywania. Ich zdaniem Kopernik powinien na zawsze zostać takim, jakim jest.
Źródło: Gazeta Wyborcza