Na emeryturze zamierzał napisać książkę o Siłach Zbrojnych II RP.
Choć zajmował wysokie stanowiska ministerialne, od polityki i towarzyszących jej koterii starał się trzymać z daleka na tyle, na ile to było możliwe. "Jestem człowiekiem od roboty" - mówił.
Urodzony urzędnik. Oprócz historii na Uniwersytecie Wrocławskim skończył też Krajową Szkołę Administracji Publicznej (był w pierwszym roczniku absolwentów). Gdy w 2002 r. dołączył do ekipy warszawskiego ratusza, nie miał legitymacji PiS. I pozostał bezpartyjny przez wszystkie lata współpracy z Lechem Kaczyńskim.
Poznali się w Najwyższej Izbie Kontroli. Kaczyński był prezesem, Stasiak wiceszefem departamentu kontrolującego służby mundurowe. Policję i sposób jej działania znał na wskroś. Gdy w 2002 r. Lech Kaczyński został prezydentem Warszawy, ściągnął do ratusza Władysława Stasiaka na swojego zastępcę odpowiedzialnego za priorytetowe dla PiS bezpieczeństwo. I się nie zawiódł.
Straż miejska przestała kojarzyć się wyłącznie z formacją ścigającą nielegalnych handlarzy pietruszką. Na ulicach pojawiło się też więcej policji, bo miasto zaczęło łożyć pieniądze na dodatkowe patrole. "Znam się na zależnościach między szczeblami władzy, np. między prezydentem miasta, wojewodą a formacjami takimi jak policja, straż pożarna. Wiem, jak działają, znam ich struktury i zasady doboru kadr. Wiem, jak wygląda obieg informacji, koordynacja działań, egzekwowanie poleceń, jak się nimi zarządza" - opowiadał "Gazecie" w grudniu 2002 r., tuż po nominacji na wiceprezydenta Warszawy.
Po wygranych przez PiS i Lecha Kaczyńskiego wyborach prezydenckich w 2005 r. został zastępcą Ludwika Dorna w MSWiA, gdzie nadzorował pracę policji, straży granicznej, pożarnej i BOR. Mundurowi byli zachwyceni, bo nie spotkali wcześniej tak kompetentnego szefa. Przeforsował ustawę, dzięki której służby mundurowe mają być lepiej opłacane i wyposażone (jej realizacja z powodu kryzysu została wstrzymana). To było jego sztandarowe dzieło. Jednak w kuluarach mówiło się, że z Dornem nie potrafi się dogadać. Ponoć dlatego zdecydował się przejść do Kancelarii Prezydenta na stanowisko szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Do MSWiA wrócił na krótko, ale już jako pełny minister w sierpniu 2007 r., po dymisji Janusza Kaczmarka.
W listopadzie 2007 r. był już ponownie w Kancelarii Prezydenta - znów na stanowisku szefa BBN. W styczniu 2009 r. awansował na wiceszefa Kancelarii. - Stanowił wzór, który wszyscy powinni naśladować. Był wspaniałym przełożonym i kolegą - mówi Lucjan Bełza, który z Władysławem Stasiakiem pracował od lat, m.in. w stołecznym ratuszu i BBN. - Mimo że piastował wysokie stanowiska, nigdy się nie wywyższał, starał się być zawsze pomocny. Potrafił okazywać szacunek.
Honorowy, niezwykle taktowny, ale też ujmująco dowcipny. Unikał korzystania z przywilejów władzy. W ratuszu do pracy chodził tylko na piechotę. Gdy był ministrem, spotkałem go w pociągu. Wracał z rodzinnego Wrocławia. Oczywiście w wagonie drugiej klasy.
Znał kilka języków. Pasjonował się kulturą latynoską, górami i historią. Na emeryturze zamierzał napisać książkę o Siłach Zbrojnych II RP.
Miał być kandydatem PiS na prezydenta Warszawy.