- Polityka w jej wykonaniu była do bólu autentyczna - mówi Ryszard Kalisz, jeden z liderów SLD i przyjaciel posłanki. Jedna z najbardziej charyzmatycznych kobiet w polskiej polityce, czołowa działaczka lewicy i ruchów feministycznych. Amatorka kawy i kultury Wschodu.
W czasach PRL nie należała do organizacji politycznych, skupiała się na działalności naukowej. Skończyła etnografię na Uniwersytecie Warszawskim, pracowała w Instytucie Polityki Naukowej i Szkolnictwa Wyższego oraz PAN. W połowie lat 80. zapisała się do Ligi Kobiet Polskich i wkrótce została jej przewodniczącą. W 1993 r. dostała się pierwszy raz do Sejmu z listy Unii Pracy. Była wówczas jedną z dwóch posłanek wchodzących w skład delegacji Sejmu do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy.
Ponownie do Sejmu dostała się w 2001 r. z okręgu gdyńsko-słupskiego z listy SLD-UP. - Iza była prawdziwym człowiekiem lewicy - otwarta, życzliwa, wrażliwa na ludzką krzywdę - mówi Jarosław Szczukowski, szef SLD na Pomorzu. - Pochylała się nad każdym człowiekiem, który do niej przychodził.
- Iza była z jednej strony niezwykle subtelna, kobieca, ciepła, a z drugiej - odważna, uparta, potrafiąca bronić swoich racji - dodaje Ryszard Kalisz.
W Sejmie doprowadziła m.in. do likwidacji tzw. starego portfela, walczyła o waloryzację rent i emerytur, obroniła przed likwidacją zasiłek dla samotnych matek. Wspierała protesty środowisk medycznych. W latach 2001-04 była pełnomocniczką rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn. Doprowadziła wtedy m.in. do przyjęcia Programu Działań na rzecz Kobiet, uchwalenia ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, zmian w kodeksie pracy, m.in. chroniących przed dyskryminacją i mobbingiem. Kontynuowała tę pracę w rządzie Marka Belki, w którym była wicepremierem, ministrem bez teki.
W 2005 r. odeszła z Unii Pracy i założyła własną partię o nazwie Unia Lewicy, wspierała Włodzimierza Cimoszewicza w wyborach prezydenckich. Dwa lata później znowu dostała się do Sejmu z listy Lewicy i Demokratów. Dała się poznać jako przeciwniczka wojny w Iraku i w Afganistanie. Za działalność na równouprawnienia kobiet wielokrotnie była nagradzana przez organizacje feministyczne.
Była żoną prof. Jerzego Nowackiego, matematyka, rektora Polsko-Japońskiej Wyższej Szkoły Technik Komputerowych w Warszawie. - To niezwykła para - opowiada Kalisz. - Oboje byli zafascynowani kulturą Wschodu, często podróżowali w te rejony, kolekcjonowali japońską sztukę. Mieli barwnych przyjaciół, ludzi różnych narodowości, kultur. Co roku na rozpoczęcie lata organizowali z Jerzym u siebie garden party.
Była niezwykle elegancka. Koledzy z klubu wspominają, że uwielbiała kawę, wypijanie filiżanki przed posiedzeniem komisji to był jej rytuał. Osierociła dwie dorosłe córki Katarzynę i Barbarę, miała 3-letniego wnuka Jakuba. Wkrótce miała zostać babcią po raz drugi.
Źródło: Gazeta Wyborcza