Mówił o sobie, że gdyby urodził się przed wojną, zapewne należałby do Polskiej Partii Socjalistycznej. Zaraz po zaprzysiężeniu pojechał na Wawel, by złożyć kwiaty na grobie marszałka Józefa Piłsudskiego.
- Niezwykła znajomość historii i pamięć do dat historycznych. Nawet dziennych. To się przekładało na sprawy codzienne. Pamiętał numery telefonów, daty urodzin wszystkich swoich najbliższych przyjaciół. I nie tylko. Potrafił kogoś zaskoczyć telefonem, bo ktoś raz powiedział kiedy się urodził. Miał niesłychaną pamięć do cyfr. Potrafił niebywałe rzeczy robić z liczeniem w pamięci. Dla odprężenia, jadąc w samochodzie mnożył cztero, pięciocyfrowe liczby - wspomina Lena Dąbkowska-Cichocka, była prezydencka minister, posłanka PJN (dawniej w PiS). Z prezydentem od czasu budowy Muzeum Powstania Warszawskiego. Lech Kaczyński był inicjatorem i twórcą tej placówki: jednego z najlepszych polskich muzeów.
- Byliśmy radnymi. Paweł Kowal, Jan Ołdakowski i ja. Wymyśliliśmy konkurs o Powstaniu dla szkół. I chcieliśmy mieć patronat prezydenta Warszawy. Polecił nas Kazimierz Ujazdowski. Prezydent długo z nami rozmawiał. Powiedział, że da oczywiście patronat, ale zapytał też, czy nie zajęlibyśmy się projektem i budową muzeum. Bo to trzeba zrobić. W stu procentach nam zaufał. Dwanaście godzin przed otwarciem przyjechał zobaczyć. I tam wtedy był wielki chaos. Wyglądało to jak plac budowy. Wszystko surowe, nie zamontowane, zakurzone. Przeszedł się po tej ekspozycji w ciszy. Nic nie powiedział, odjechał. Ale widać było, że jest smutny, rozczarowany. A potem - na godzinę przed otwarciem - był obchód z dziennikarzami. Najpierw nie bardzo chciał: "Może ktoś inny pokaże? - mówił. Ale przyjechał. Zaczął oprowadzać po gotowej już ekspozycji, a dziennikarze pytają: Panie prezydencie, jak się panu podoba? A on tak spontanicznie powiedział: "Proszę państwa naprawdę nie wiem, czy jesteście w stanie mi uwierzyć. Ile można zrobić przez 12 godzin".
Należał do nielicznych już polityków generacji pierwszej "Solidarności". Działalność publiczną rozpoczął w 1977 roku, kiedy związał się z ruchem opozycyjnym. Za pośrednictwem Zbigniewa Romaszewskiego nawiązał kontakt z Komitetem Obrony Robotników. Po latach, gdy przed wyborami prezydenckimi ujawniał swoją teczkę z SB, ze szczególną irytacją mówił o partactwie esbeków, bo według niego znacznie częściej odwiedzał Jacka Kuronia i rozmawiał z nim, niż raportowali o tym bezpieczniacy.
- Był gawędziarzem. Wspaniale opowiadał. Pierwsza Solidarność, druga Solidarność, czasy opozycyjne. Jak brat działał, jak on działał, jak jechali 'maluchem' gdzieś z Marylką - bo tak mówił o swojej żonie. Żałuję, że nie mogłam tego nagrywać, dzisiaj byłoby to świadectwo historii wyjątkowego człowieka - mówi Lena Dąbkowska-Cichocka.
W połowie lat 70. wyjechał na Wybrzeże, by pisać
doktorat na Uniwersytecie Gdańskim. Podobnie jak jego brat bliźniak Jarosław został ukarany przez władze i nie dostał się na aplikację prokuratorską i sędziowską za to, że wziął udział w proteście przeciw zmianom w Konstytucji PRL uzależniającym Polskę od sojuszu z ZSRR. Młody doktorant - specjalista od prawa
pracy -przewoził do Trójmiasta nielegalne wydawnictwa, pisywał w podziemnym "Robotniku Wybrzeża", doradzał, jak chronić prawa pracownicze.
Jako pracownik Uniwersytetu Gdańskiego od początku związał się z powstającym w sierpniu 1980 r. na Wybrzeżu Niezależnym Związkiem Zawodowym "Solidarność". Tworzył komisje interwencji związku.
Internowany w stanie wojennym, w drugiej połowie lat 80. stał się jednym z najbliższych współpracowników przewodniczącego związku Lecha Wałęsy, a z czasem jego nieformalnym zastępcą. Jak sam wspominał, działalność w ruchu związkowym nauczyła go umiejętności pracy z ludźmi, także z tymi, z którymi się nie zgadzał.
Uczestniczył w rozmowach Okrągłego Stołu, w tym w negocjacjach w Magdalence. Wbrew politycznym radykałom, którzy Okrągły Stół nazywali zdradą, oceniał go jako przełomowy krok na drodze do niepodległości. Uważał jednak, że później strona opozycyjna zbyt długo przestrzegała jego ustaleń. W latach 1989-91 pełnił funkcję zastępcy przewodniczącego "S", faktycznie kierując związkiem.
W 1991 r. w czasie kampanii prezydenckiej był najbliższym współpracownikiem Lecha Wałęsy i współautorem koncepcji "przyspieszenia". Gdy Wałęsa ustąpił ze stanowiska przewodniczącego "S", chciał, by szefem związku został Lech Kaczyński. Jednak po zwycięstwie Wałęsy drogi prezydenta i Kaczyńskiego się rozeszły.
Lech Kaczyński jako prezes Najwyższej Izby Kontroli w latach 1992-95 reformował tę instytucję. W 2000r. wrócił na scenę polityczną jako minister sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka. Popularności przysporzyło mu hasło ostrej walki z przestępczością. - To przestępca ma się bać, a nie uczciwy obywatel - powtarzał minister.
Zdymisjonowany przez premiera Buzka współtworzył nową partię -
Prawo i Sprawiedliwość, ugrupowanie, którego głównym postulatem była początkowo właśnie walka z przestępczością. Na czele partii stanął jego brat Jarosław.
W 2002 r. Lech Kaczyński zwyciężył w wyborach na prezydenta Warszawy. Tym razem występował pod hasłem oczyszczenia sytuacji w stolicy. Jego największym osiągnięciem była budowa Muzeum Powstania Warszawskiego, hołd powstańcom warszawskim, wśród których był jego ojciec Rajmund. Matka braci Kaczyńskich, Jadwiga, wychowała synów w kulcie Powstania. Obchody 60-lecia Powstania Warszawskiego, których był gospodarzem, to jego sukces osobisty i wstęp do zwycięskiej kampanii prezydenckiej 2005 r. Występował w niej pod hasłem "silny prezydent, uczciwa Polska" i promował konstytucję IV Rzeczypospolitej, która miałaby znacznie zwiększać uprawnienia prezydenckie.
Wygrał wybory z obecnym premierem Donaldem Tuskiem, mimo że początkowo sondaże dawały przewagę kandydatowi Platformy Obywatelskiej. W czasie wieczoru wyborczego zwrócił się do brata: "Panie prezesie, melduję wykonanie zadania". Dla jednych była to deklaracja politycznej podległości, dla innych świadectwo związku z bratem bliźniakiem. Jego lojalność wobec Jarosława była wyjątkowa, mówiono, że "Lech Kaczyński jest w stanie wybaczyć każdą zniewagę z wyjątkiem tej uczynionej bratu".
Po wyborach za najważniejsze zadanie uznał zasypanie historycznych podziałów między Polakami oraz budowę państwa pozbawionego elementów ustroju PRL. W polityce zagranicznej chciał promować wizję Polski jako silnego i samodzielnego gracza politycznego. Argumentował, że we współczesnej Europie znana jest koalicja silnych, więc
Polska powinna budować koalicję państw słabych w Unii Europejskiej.
Wśród osiągnięć jego prezydentury najważniejsze było wynegocjowanie korzystnych warunków traktatu lizbońskiego podczas szczytu Unii w Brukseli w 2007 r. Prezydent nie podpisywał ustawy ratyfikacyjnej do 2009 r.
Starał się rozwijać dobre relacje ze wschodnimi sąsiadami Polski, szczególnie z Ukrainą i Litwą. Podróże do Wilna i Kijowa były stałym elementem polityki zagranicznej prezydenta. W ramach tej polityki ideą było otwarcie południowego korytarza energetycznego na Kaukazie. Przez ten korytarz miały płynąć surowce energetyczne do Polski. W 2008 r. mobilizował międzynarodową opinię publiczną do obrony Gruzji, której terytorium zaatakowała
Rosja. Wraz z przywódcami państw bałtyckich i Ukrainy w trakcie konfliktu przyleciał do Tbilisi, a potem wielokrotnie popierał stanowisko Gruzji na forum międzynarodowym.
- Nie był rusofobem, germanofobem ani żydofobem. Po prostu miał przekonanie, że w każdym z nas jest kropla innej krwi. Takie są nasze korzenie: przez historię, nasze babki, ciotki. Przez jego otwartość, ze względu na przyjaciół, kolegów - nie można go nazwać jakimkolwiek "fobem". Natomiast politycznie... Patrząc na historię Polski miał prawo ostrzej oceniać sąsiadów na Wschodzie i Zachodzie. To była bardzo trzeźwa ocena. Nie miała związków z żadnymi fobiami - zapewnia Dąbkowska-Cichocka.
W 2007 r. ciężko przeżył porażkę wyborczą Prawa i Sprawiedliwości i rządu Jarosława Kaczyńskiego. Wielokrotnie powtarzał w mediach, że największym błędem rządu brata było to, że nie potrafił prezentować swoich osiągnięć.
Gdy wsiadał do samolotu, który miał go zawieźć na uroczystości 70. rocznicy zbrodni NKWD do Katynia, jeszcze nie było wiadomo, czy wystartuje w kolejnych wyborach prezydenckich, choć wezwała go do tego partia, z którą był najbardziej uczuciowo związany - Prawo i Sprawiedliwość.