Na łamach "Gazety"
Adam Wawrzyński napisał tekst, który - jak wskazuje jego tytuł i forma - ma obalić mity narosłe wokół genetycznie modyfikowanych upraw i żywności. Niestety, autor podchodzi do tematu jednostronnie, pomijając mity, którymi posługują się zwolennicy GMO. Pisze on, że "linia frontu pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami technologii GMO od dawna przebiega między pozycjami ideologicznymi, a nie racjonalnymi". I to jedyne, z czym mogłabym się zgodzić, przystępując do wyliczenia mitów serwowanych społeczeństwu przez zwolenników GMO:
1. "Żywność GMO jest świetnie przebadana i bezpieczna". Żywność GMO nie jest wcale dobrze przebadana, ponieważ przy wprowadzaniu jej na rynek obowiązuje teoria "zasadniczej równoważności". Przyjmuje się, że żywność GM jest "zasadniczo taka sama" jak naturalna i dlatego nie są wymagane testy toksykologiczne. Opublikowane dotąd badania na zwierzętach przynoszą sprzeczne wyniki - jedni badacze twierdzą, że GM żywność jest bezpieczna, inni obserwują szkodliwy wpływ na narządy wewnętrzne czy układ odpornościowy, a nawet zaburzenia płodności. Z pewnością żaden rzetelny naukowiec nie powie dzisiaj, że nauka udowodniła, że GMO jest w pełni bezpieczne.
2. "Uprawy GMO mogą współistnieć z naturalnymi." W krajach, które dopuszczają uprawy GMO, stale dochodzi do skażenia naturalnych upraw i żywności. Przykładowo - 8.08.2009 w Niemczech wykryto w przywiezionym z Kanady siemieniu lnianym domieszkę nielegalnej odmiany GM, która została wprowadzona na rynek w 1998 r., a zdelegalizowana w 2001 r. 16.06.2009 Szwecja odnotowała obecność nielegalnego ryżu Bt63 w makaronach sprowadzonych z Hong-Kongu. W 2005 w stanie Victoria w Australii, gdzie obowiązuje zakaz upraw GM rzepaku, wykryto domieszkę GM rzepaku Liberty Link firmy Bayer. Nie udało się ustalić źródła zanieczyszczenia. Takie przykłady można mnożyć. Współistnienie odmian GMO i naturalnych po prostu nie jest możliwe.
3. "Uprawy GMO dają wyższe zyski niż uprawy tradycyjne". Jak wykazano w USA, plony odmian GMO wcale nie są wyższe niż odmian tradycyjnych. Firma Monsanto ripostuje, że w skali ogólnoświatowej GMO przynosi wyższe plony. są Tylko, że średnia statystyczna nikomu jeszcze nie przyniosła zysku. GMO to także dodatkowe koszty: droższe ziarno, opłata licencyjna za uprawianie opatentowanych roślin (na razie w Polsce nikt jej nie płaci, ale to się skończy, jak tylko rząd zalegalizuje uprawy GMO). Nie bez znaczenia jest też koszt zwalczania superchwastów. Przykładowo, w 2008 r. szacowano, że w hrabstwie Macon w Georgii (USA), 70-80% upraw jest zachwaszczonych szarłatem (Amaranthus) odpornym na Roundup (środek chwastobójczy). Rolnicy są zmuszeni używać kombinacji silnie toksycznych herbicydów, a nawet usuwać rośliny ręcznie. Około 10 tys. akrów upraw zostało z tego powodu porzuconych przez swoich właścicieli. Także Komisja Europejska szacuje, że dodatkowe koszty związane z przestrzeganiem przepisów o współistnieniu przesądzają na niekorzyść GMO.
4. "GMO uwolni świat od klęski głodu". To bardzo chwytliwy slogan reklamowy, ale daleki od prawdy. W uprawie są głównie odmiany odporne na herbicydy oraz na szkodniki. Nie ma dotąd w sprzedaży odmian GMO odpornych na suszę, mrozy czy zasolenie gleby. To są na razie tylko piękne obietnice. To zresztą i tak bez znaczenia w Polsce, gdzie mamy nadprodukcję żywności i nie potrzeba nam GMO aby zwiększać plony. Kolejnym chwytem reklamowym jest tzw. "złoty ryż", który miał być remedium na niedobór witaminy A w diecie mieszkańców krajów trzeciego świata. Od 10 lat wciąż się o nim mówi, ale jak dotąd - nikt go nie uprawia. Za to był już głośny skandal - niezatwierdzone odmiany testowano na dzieciach.
Warto pamiętać, że za uprawami GMO kryje się potężne lobby. Misją koncernów z pewnością nie jest zbawianie świata, lecz po prostu biznes. Nie bez powodu 6 krajów UE wprowadziło zakaz upraw GMO (m.in. Niemcy i Francja), a kolejne szykują się do tego kroku. Polska szczyci się dziś produkcją żywności poszukiwanej i cenionej na rynkach europejskich. Te rynki zbytu zamkną się przed polskimi rolnikami, gdy w naszych produktach pojawi się zanieczyszczenie domieszką GMO.
*) doc. dr hab. Katarzyna Lisowska, biolog molekularny, pracuje w dziale badawczym Centrum Onkologii w Gliwicach.
Odpowiedź autora: Pani profesor Katarzyna Lisowska zarzuca mojemu tekstowi jednostronność, ponieważ - cytuję: „pomijam mity, którymi posługują się zwolennicy GMO”. To rzeczywiście niesprawiedliwe, że pisałem tylko o mitach rozpowszechnianych przez część „zielonych” aktywistów. Pani profesor - jako przedstawiciel środowiska naukowego - powinna jednak pamiętać, że faktów naukowych nie ustala się na drodze plebiscytu. A fakty są takie, że rośliny genetycznie modyfikowane są bezpieczne. Uprawia się je na ponad 100 mln hektarów, a na polach pojawiły się - po latach testów - ponad 15 lat temu. Od tego czasu nie było i nie ma żadnych danych sugerujących, że ich uprawa powoduje jakieś nieprzewidywalne skutki. Nie jest to zresztą żadne zaskoczenie dla genetyków roślin, od dawna przekonywujących, że sformułowanie „genetycznie modyfikowany” to kategoria niespójna i pozbawiona logiki (odnosi się bowiem przede wszystkim
do metody uzyskiwania końcowego produktu, a nie jego samego).
Jeśli zaś chodzi o samą polemikę. Greenpeace - organizacja, z którą pani profesor jest związana - od lat sprzeciwia się GMO, używając przede wszystkim przedziwnej mieszanki argumentów działających na emocje, choć zwykle nie mających pokrycia w rzeczywistości. Przykro mi to stwierdzić, ale tak jest i tym razem. Poniżej moja odpowiedź na polemikę.
1. Żywność GMO jest świetnie przebadana i bezpieczna. "Opublikowane dotąd badania na zwierzętach przynoszą sprzeczne wyniki" - to bardzo kontrowersyjna teza. Wiarygodnych (to chyba kluczowe stwierdzenie) wyników badań sugerujących jakiekolwiek związane z GMO niebezpieczeństwo po prostu nie ma. Żywność GMO uznaje się za tak samo groźną (lub jak ktoś woli - bezpieczną) jak tę zwykłą, dokładnie tak jak twierdzi prof. Lisowska. Zgodzę się też, że "żaden rzetelny naukowiec nie powie dzisiaj, że nauka udowodniła, że GMO jest w pełni bezpieczne". Powiem więcej: żaden rzetelny naukowiec nie powie także, że organizmy niemodyfikowane genetycznie są w pełni bezpieczne. W USA, Brazylii, Argentynie, Kanadzie, Indiach, Chinach (lista jest długa, obejmuje 25 krajów) zdecydowano się "podjąć ryzyko" i od lat uprawia się odmiany GMO na milionach ha. Wszyscy, którzy o tym decydują w tych krajach zostali przekupieni przez wielkie koncerny?
2. Uprawy GMO mogą współistnieć z naturalnymi. Pani profesor twierdzi: "Współistnienie odmian GMO i naturalnych po prostu nie jest możliwe". Ależ przeciwnie, nieśmiało zauważę, że najlepszym tego dowodem jest fakt, że już od dawna współistnieją w bardzo wielu miejscach, także w Polsce. Pani profesor raczyła też wspomnieć o "skażeniu". Uważam, że w kontekście żywności GMO użycie tego słowa jest niedopuszczalne, choć pewnie zgodne z polityką Greenpeace. Przytaczam za słownikiem PWN: SKAŻENIE
a. «spowodować trwałe uszkodzenie lub zeszpecenie czegoś »
b. «ulec jakiemuś niekorzystnemu działaniu, jakimś ujemnym wpływom »
c. «zanieczyścić coś środkami trującymi lub ciałami promieniotwórczymi i spowodować, że stało się szkodliwe dla istot żywych »
d. «uczynić umyślnie jakiś produkt niezdatnym do spożycia przez dodanie środków trujących »
3. Uprawy GMO dają wyższe zyski niż uprawy tradycyjne Troska o dochodowość rolników także i mnie leży na sercu. Może więc pozwolić rolnikom wybrać, co chcą uprawiać? Dlaczego więc - o czym Greenpeace kilka miesięcy temu alarmował media - polscy rolnicy kupują nasiona GMO za granicą, i potajemnie sadzą u nas? Dlaczego o dopuszczenie roślin GMO do uprawy walczą przedsiębiorcy z: Polskiego Związku Producentów Kukurydzy, Polskiego Związku Producentów Pasz, Krajowego Związku Plantatorów Buraka Cukrowego, Krajowej Rady Drobiarstwa, Izby Zbożowo - Paszowej, Polskiego Związku Producentów Roślin Zbożowych? Dlaczego najszybciej w świecie przyrastają areały upraw GM w krajach rozwijających się? Zaiste, wielka jest siła koncernów.
4. GMO uwolni świat od klęski głodu. Pani profesor nazywa powyższe stwierdzenie "sloganem". W zeszłym roku zmarł Norman Borlaugh, noblista, autor tzw. Zielonej Rewolucji, która w latach 60-tych uratowała przed głodem miliony ludzi. Był wielkim zwolennikiem stosowania biotechnologii w uprawie, w tym odmian GMO. Wierzył, że tylko w taki sposób rolnictwo może w przyszłości zwiększyć plony, nie trując przy tym środowiska. Pisze pani profesor: "Nie ma dotąd w sprzedaży odmian GMO odpornych na suszę, mrozy czy zasolenie gleby. To są na razie tylko piękne obietnice". Trudno oprzeć mi się wrażeniu, że w tych słowach pobrzmiewa cynizm; wszak ten stan rzeczy wynikł głównie dzięki aktywnym staraniom przeciwników żywności GM!
W laboratoriach (i poczekalniach urzędów dopuszczających nowe odmiany do wejścia na rynek) czekają dziesiątki nowych odmian. Zainteresowanym polecam artykuł ze styczniowego Nature Biotechnology p.t. International trade and the global pipeline of new GM crops. Pani profesor stwierdza też: "Misją koncernów z pewnością nie jest zbawianie świata, lecz po prostu biznes". Święte słowa, choć transgeniczne odmiany roślin powstają także za pieniądze publiczne (np. w Brazylii, Chinach, Indii). A jeśli chodzi o zbawianie świata, to ja nawet Greenpeace rozumiem - nikt nie lubi konkurencji.