Tekst ukazał się w Gazecie Wyborczej 11 grudnia 1993 Nazwę "mijalowcy" zawdzięczali członkowi KC w latach 50. - Kazimierzowi Mijalowi. Ich najbardziej spektakularnym wyczynem było wydanie w 1963 r. w 10-tysięcznym nakładzie nielegalnej broszury. Gdy w 1964 r. "wpadli", Służba Bezpieczeństwa aresztowała około 100 osób. 1000 wyrzucono z PZPR.
Niech żyje Mao! Mijal był ich patronem, przywódcami - dziennikarz Józef Śnieciński i ekonomista Kazimierz Jarzębowski. Obaj niechętnie wracają dziś do przeszłości.
Według Śniecińskiego grupę stworzyła partia i
SB. - Dopiero proces i więzienie nas skonsolidowały.
Kiedy pytam Jarzębowskiego o genezę grupy, odpowiada krótko: - Umarł Stalin, niech żyje Mao.
Znali się z lat 50. z uniwersytetu, ze stowarzyszenia dziennikarzy, harcerstwa. Jarzębowski pracował w "Chłopskiej Drodze" i "Walce Młodych"; Śnieciński - w "Sztandarze Młodych" i "Trybunie Mazowieckiej", miał kontakty ze środowiskiem robotniczym. Początkowo trzon grupy stanowili redaktorzy miesięcznika "Chiny" Lech Opieliński i Stanisław Sienkiewicz.
Przy kolejnym naszym spotkaniu Jarzębowski, główny ideolog mijalowców, staje się rozmowniejszy: - Uważałem i uważam, że wraz ze śmiercią Stalina nastąpił zmierzch przodującej roli Związku Radzieckiego w międzynarodowym ruchu komunistycznym. Jego następcy - Malenkow, Chruszczow czy Breżniew - już nie sprostali tej roli. Przerastał ich Mao reprezentujący kraj o miliardowej ludności.
Gdy u progu lat 60. zarysował się radziecko-chiński konflikt o dominację w międzynarodowym ruchu komunistycznym, grupa opowiedziała się po stronie Chińskiej Republiki Ludowej. - Aż się prosiło o przetłumaczenie i powielenie tekstów chińskich - mówi Jarzębowski.
- Gomułka nie spełnił naszych oczekiwań - wyjaśnia Śnieciński. - Woleliśmy stworzyć własną grupę. Nie mieliśmy nic do stracenia.
Spośród bardziej prominentnych działaczy PZPR prochińskie stanowisko zajmował Kazimierz Mijal. Tylko on mógł być ich duchowym oparciem.
W Pałacu Błękitnym Początkowo spotykali się w domu Jarzębowskiego. Bywali tu także działacze PAX-u, m.in. Ryszard Reiff. Z czasem przenieśli się do klubu Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Chińskiej, które tak jak dziś miało siedzibę w bocznym skrzydle Pałacu Błękitnego przy ul. Senatorskiej [Polska -
Chiny]. Sąsiadowała z nim redakcja miesięcznika "Chiny". Z Pałacu kolportowano materiały Komunistycznej Partii Chin.
Po śmierci Opielińskiego (w marcu 1962 r. zmarł młodo na gruźlicę) przywództwo grupy objął Śnieciński, 29-letni, energiczny menedżer, jak powiedzielibyśmy dzisiaj. Był już wtedy dyrektorem Ośrodka Doskonalenia Kadr w Ministerstwie Finansów, wcześniej założył Rozgłośnię Harcerską.
- Dla Śniecińskiego dyskusje przestały się liczyć. Ważna była tylko robota. Jeżeli przygotowaliśmy jakiś maszynopis, on od razu chciał go powielać, a jeszcze lepiej - drukować i to w dużym nakładzie - wspomina ten czas Jarzębowski.
- Chińczycy za bardzo rzucali się w oczy, dlatego grupa kontaktowała się głównie z Albańczykami - twierdzi Walery Namiotkiewicz, osobisty sekretarz Władysława Gomułki. - Obserwowaliśmy te kontakty. Na początku lat 60. sfotografowaliśmy na ul. Podskarbińskiej w Warszawie przekazanie dwóch walizek z pieniędzmi. Wyglądało to tak: podjechał do krawężnika samochód ambasady albańskiej, wystawiono z niego walizki na chodnik i momentalnie ktoś je zabrał.
W śledztwie jeden z członków grupy zeznał, że w 1963 r. otrzymała ona od chińskiego korespondenta Czona większą sumę pieniędzy na kolportaż.
Gra w ping-ponga Dawni mijalowcy są przekonani, że władze partyjne początkowo patrzyły przez palce na ich działalność. - Była im na rękę - twierdzi Jarzębowski.
Działali około trzech lat. Rozsyłali teksty chińskie do działaczy i organizacji partyjnych. Koperty adresowane były dziecięcą ręką, m.in. córki Jarzębowskiego, Agnieszki. Nadawcą przesyłek był, według stempla, "Zespół Adwokacki nr 60".