http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wspaniały świat Camerona za 300 mln

Wojciech Orliński
2009-12-26, ostatnia aktualizacja 2009-12-26 13:16
"Avatar" nie jest aż tak rewolucyjnym przedsięwzięciem, jak twierdzą jego najwięksi entuzjaści
"Avatar" nie jest aż tak rewolucyjnym przedsięwzięciem, jak twierdzą jego najwięksi entuzjaści

- Na szczęście w Hollywood są jeszcze ludzie, którzy potrafią mądrze wydać 300 milionów dolarów - tak czołowy amerykański krytyk Roger Ebert podsumował "Avatara"

Avatar
Fot. mat. prasowe
Avatar
Kadr z filmu
Fot. mat. prasowe
Kadr z filmu "Avatar"
Trudno mu odmówić racji. To nie jest jeden z tych filmów, po których zdziwieni pytamy, na co poszły te wszystkie pieniądze? Tutaj od razu widać, że nie mamy do czynienia tylko z trójwymiarową animacją komputerową.

Cameron przez wiele lat uważał, że jeszcze za wcześnie na produkcję "Avatara", chociaż przecież kino od kilkunastu lat potrafi już wyczarować z niczego jurajskie gady i pejzaże planety Coruscant. Czego więc jeszcze nie umiało?

Chodzi w sumie o drobiazg: o żywe ludzkie oczy. Każdy z nas już chyba widział komputerową animację próbującą realistycznie pokazać ludzką twarz. Realizm kończył się właśnie na oczach.

Można dziś realistycznie pokazać dowolny przedmiot nieożywiony, dowolny pejzaż, nawet skórę i włosy. Są takie grafiki komputerowe, że sami już nie wiemy, czy to jest zdjęcie czy produkt od początku do końca sztucznie wytworzony. Ale jeśli tylko możemy spojrzeć w oczy animowanej postaci - wszelki czar pryska.

Ostatecznie to jest sztuczka, do której ewolucja przygotowuje nas od tysiącleci - potrafimy spojrzeć w oczy innej istocie (nie tylko innemu człowiekowi) i odgadywać na tej podstawie emocje. Od trafnych decyzji (iść dalej? uciekać? poszukać solidnego kija?) zależało przetrwanie naszych przodków.

Oczywiście, tak naprawdę nie chodzi o oczy, tylko o wszystko to, co jest wokół nich - czyli o mięśnie mimiczne. Praca aktora w filmie polega w dużym stopniu na ich umiejętnym pobudzaniu i rozluźnianiu.

Całe doktoraty napisano choćby o jednym mięśniu fachowo nazywanym Levator labii superioris alaeque nasi, potocznie zwanym mięśniem Elvisa. Mięsień ten pozwala szczerzyć zęby w minie będącej uroczo łobuzerskim połączeniem wesołości z męską agresją - proszę spojrzeć, jak dobrze tym mięśniem pracuje Sam Worthington, zarówno w realu, jak i w trójwymiarowej animacji.

Od kilkunastu lat animatorzy potrafią stosować technikę "motion capture", czyli rejestrowania ruchów i gestów aktora. Aktorzy w "Avatarze" grali tymczasem w specjalnych kaskach przypominających trochę kaski hokeistów - przed nosem mieli zamocowaną baterię sensorów rejestrujących najdrobniejsze drgnięcia ich mięśni mimicznych.

Chociaż planeta Pandora nie istnieje, bardzo szybko zapominamy o tym, oglądając film. Bądźmy szczerzy, czasem nawet w "Gwiezdnych wojnach" aktorzy grają w trochę drewniany sposób, jakby nie do końca świadomi tego, na tle czego umieszczą ich specjaliści od efektów.

Tak nie jest w "Avatarze". Tutaj na przykład jeśli widzimy aktorów wychylających się z pojazdu desantowego (wzorowanego na hueyach z wojny w Wietnamie), to kręcono to tak, że aktorzy naprawdę wychylali się z metalowej atrapy. Trzymali w rękach rekwizyty strzelb, a włosy rozwiewał im prawdziwy wiatr generowany przez wentylator.

Dlatego zachowują się naturalnie - mrużą oczy przed rzeczywiście odczuwanym oporem powietrza, kurczowo trzymają w jednej ręce spluwę, a drugą zaciskają na poręczy. Kiedy dosiadają swoich wymyślnych wierzchowców, robią gesty wyćwiczone wcześniej na intensywnym kursie jazdy konnej bez siodła. Kiedy biegają po dżungli, powtarzają gesty wyuczone podczas prób kostiumowych na Hawajach. I tak dalej.

Perfekcjonizm Camerona w produkcji tego filmu szedł tak daleko, że fizycznie wyprodukowano rekwizyty występujące tylko w świecie Na'vi - ich biżuteria, stroje, dzidy i łuki miały realne odpowiedniki. Po prostu dlatego, że człowiek podświadomie inaczej będzie pracował choćby swoim "mięśniem Presleya", gdy ma w ręku solidną spluwę, a na głowie koronę.

Na koniec, Cameron wydał te pieniądze na powrót do szlachetnej sztuki stosowania statystów w filmach. Od mniej więcej 10 lat filmowcy chętnie sięgają po "wirtualnych statystów" - programy komputerowe potrafiące wygenerować wirtualny tłum w tle. To potrafi znacząco obniżać koszty zwłaszcza scen batalistycznych. Zamiast produkowania mundurów i rekwizytów dla tłumu ludzi, płacimy znacznie mniej specjalistom od efektów komputerowych. Tylko że w efekcie mamy obraz, który znów jest mało przekonujący.

W "Avatarze" tam, gdzie widzimy np. plemienne obrzędy Na'vi przy ich świętym drzewie, rzeczywiście tłum statystów wykonuje rytualny taniec wymyślony przez choreografów. Ich ruchy - niedoskonałe, a przez to wiarygodne, bo to ruchy prawdziwych ludzi - pracowicie rejestrują setki czujników.

Dlatego właśnie w efekcie wirtualny świat Pandory wydaje nam się w końcu bardziej prawdziwy od tego, co oglądamy w polskich telenowelach. Po pierwszym kwadransie w kinie zapominamy o naszej planecie i w pełni dajemy się unieść iluzji.

  • 6 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    13 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':