Małgorzata Bos-Karczewska: Rok 1989 był pełen przełomowych wydarzeń w Polsce i w Europie. Czego 20. rocznicę pana zdaniem teraz obchodzimy: upadku komunizmu, odzyskania niepodległości czy transformacji systemowej?
Krzysztof Skubiszewski: - Wszystkie trzy wydarzenia są jednakowo ważne i ze sobą powiązane. W 1989 roku rozpoczął się upadek komunizmu w Polsce i następnie w całej Europie Środkowej i Wschodniej. W Polsce zasadniczą rolę w tej mierze odegrał NSZZ "Solidarność" i jej przewodniczący Lech Wałęsa oraz ruch polityczny spowodowany przez "Solidarność". Odzyskaliśmy niepodległość, uniezależniając się od ZSRR. Jednocześnie kraj ulegał przemianom gospodarczym, społecznym i cywilizacyjnym.
Polska zaczęła prowadzić nową politykę zagraniczną.
- Budowa i prowadzenie własnej polityki zagranicznej odradzającego się państwa były istotnym czynnikiem niepodległości. Nawiasem dodam, iż ani w latach 1980-1981 ani w 1989 r. "Solidarność" nie przygotowała programu polityki zagranicznej. To zadanie przypadło rządowi Tadeusza Mazowieckiego.
Jaka była pana rola w "Solidarności"?
- Od samego początku, tj. jeszcze przed urzędową rejestracją, byłem członkiem "Solidarności", lecz moja rola w Związku był żadna. Byłem zwykłym członkiem NSZZ "Solidarność" w Polskiej Akademii Nauk (PAN) w Warszawie. Na krótko przed stanem wojennym zostałem wybrany przewodniczącym rady naukowej ds. uniwersytetu robotniczego i kursów dokształcających przy wielkopolskiej "Solidarności". W stanie wojennym napisałem dwa teksty do tygodnika "Mazowsze", lecz nie wiem, czy się one ukazały.
Nie byłem działaczem "Solidarności", lecz wróciłem do niej w kwietniu 1989 roku zaraz po tym, jak związek został ponownie zalegalizowany. Wtedy wróciło do niej niewiele osób.
Pan był także związany z Kościołem. Na początku lat 80. został pan członkiem Rady Społecznej powołanej przez prymasa Józefa Glempa.
- Pierwsze zebranie Prymasowskiej Rady Społecznej odbyło się w przeddzień wprowadzenia stanu wojennego, 12 grudnia 1981 r. Pomimo zakazu posiedzeń Rada spotykała się w stanie wojennym. Przygotowaliśmy pierwszy program wyjścia ze stanu wojennego (chodziło o tzw. ugodę społeczną). Kościół był silny i nie pytał się cenzury o zgodę na rozpowszechnianie dokumentu, który wypracowaliśmy.
Później w latach 1986-1989 uczestniczyłem w Radzie Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Rady Państwa generale Wojciechu Jaruzelskim, co nie wszystkim się podobało.
Dlaczego zgodził się pan wejść do tej Rady, organu powołanego przez komunistów?
- Sytuacja w kraju wydawała się beznadziejna. Uważałem za celowe przekonywać władców Polski, że muszą się zgodzić na zmiany w Polsce, w tym na legalizację "Solidarności". W szczególności mecenas Władysław Siła-Nowicki (który był po II wojnie światowej przez komunistów czterokrotnie skazany na śmierć), Andrzej Święcicki (były prezes warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej) i niektórzy inni członkowie Rady, łącznie ze mną, uważali, że nasze uczestnictwo w Radzie Jaruzelskiego zależy po pierwsze, od wypuszczenia na wolność wszystkich więźniów politycznych oraz po drugie, od przestrzegania zasady, że Rada nie będzie podejmować żadnych uchwał, lecz będzie wyłącznie płaszczyzną rozmowy.
Dla niektórych była to fasadowa instytucja. Stawiał pan na dialog z władzą?
- Rada miała pewne cechy fasadowości. Niemniej stwarzała okazję do dyskusji. Chodziło o to, aby władza wiedziała, co myślą ludzie spoza władzy. Był to w gruncie rzeczy nieudany organ, zbyt wiele było w nim osób, które w taki czy inny sposób popierały władzę lub stały na uboczu. Było w nim za dużo profesorów. Z tych rozmów niewiele wynikało, niemniej Jaruzelski mógł w ten sposób pewne rzeczy usłyszeć.
Jak pan odbierał generała Jaruzelskiego? Rozmawiał pan z nim również po posiedzeniach Rady.
- Niekiedy bywała okazja do krótkiej rozmowy. Na posiedzeniach Rady Jaruzelski mówił, że "Solidarność" się skończyła. Robił wrażenie człowieka z przekonania oddanego reżymowi PRL i wierzącego w ten system. Różnił się od innych działaczy partyjnych swoim pochodzeniem ziemiańskim i tym samym tradycją rodzinną. W Poznaniu kuzyn generała Marcin Jaruzelski był wiceprezesem Klubu Inteligencji Katolickiej.
W końcu generał Jaruzelski zdecydował się na zmiany, lecz pod presją sytuacji społeczno-politycznej i gospodarczej. W 1988 r. zaczęły się strajki, a w roku 1989 rozmowy Okrągłego Stołu z opozycją. Odnosiłem wrażenie, że w początkowym okresie po wyborach w 1989 r. Jaruzelski stwarzał dla wprowadzanych zmian pewną osłonę wobec ZSRR i popleczników PRL.
24 sierpnia 1989 r. Sejm powołał Tadeusza Mazowieckiego na stanowisko premiera. Kiedy otrzymał pan propozycję objęcia teki ministra spraw zagranicznych?
- Pod koniec sierpnia 1989 r. brałem udział w Warszawie w międzynarodowej konferencji na temat paktu Ribbentrop-Mołotow. Miałem jechać do Hiszpanii na sesję Instytutu Spraw Międzynarodowych, byłem jednak zmęczony, były długie kolejki po wizy i bilety, zrezygnowałem więc z podróży. 2 września wróciłem do Poznania. Następnego dnia (była to niedziela) dowiedziałem się, że mam natychmiast telefonować do biura premiera. 4 września udałem się do Warszawy, nie wiedząc, czego miałbym się spodziewać.
Źródło: Gazeta Wyborcza