KLUB GOŚCIE GAZETY
Katarzyna Janowska, Piotr Mucharski: O swojej najnowszej płycie "Between Us and The Light" mówisz, że jest dojrzalsza niż poprzednia - "The Time". Dlaczego?
Leszek Możdżer: Mniej mi zależało, żeby dobrze wypaść, i o wiele przyjemniej słuchało mi się kolegów - Larsa Danielssona i Zahara Fresco - których zaprosiłem do współpracy po raz kolejny. Udało nam się już stworzyć własne brzmienie. Grając z nimi, czułem się tak, jakbym wrócił z wakacji do domu. Przystępując do pracy nad tą płytą, byliśmy po solidnej trasie w Polsce i po wielu godzinach spędzonych razem na próbach i na koncertach, więc na pewno poszliśmy trochę dalej, jeżeli chodzi o wyrafinowanie. Ta płyta jest mniej przebojowa niż poprzednia, ale udało nam się zapuścić w nie do końca jasne nawet dla nas przestrzenie.
"The Time" to płyta, którą się przebiłeś do powszechnego odbioru. Ten tytuł odsyła do natury muzyki, która jest formowaniem, rzeźbieniem czasu.
- Czas to płótno, na którym maluje się muzykę. Muzycy mają do dyspozycji czas, w którym mogą namalować swoje melodie za pomocą narzędzi, którymi dysponują. Poza tym "czas" jest dobrym tytułem, bo krótkim i jednocześnie nasuwającym całą gamę skojarzeń. Jesteśmy zanurzeni w czasie. Każdy z nas jest rozpięty między przeszłością a przyszłością. Na temat czasu można snuć nieskończoną ilość takich refleksji.
Ten tytuł można też potraktować jak pretekst do podsumowania. Wziąłeś udział w dziesiątkach, jeśli nie w setkach bardzo różnych projektów muzycznych, mniej lub bardziej komercyjnych. Pytanie, czy to oznacza, że świetnie wykorzystałeś swój czas, czy przeciwnie - roztrwoniłeś go, rozmieniając się na zbyt wiele rzeczy?
- Roztrwoniłem to nie jest dobre słowo, dlatego że przy każdej z tych rzeczy czegoś się uczyłem. Moim marzeniem było jak najwięcej pracować, w pewnym momencie pomyślałem, że może przydałaby się rozmowa z psychologiem, dlaczego tak dużo pracuję. Ale nie żałuję tego. Przez to, że tak dużo czasu poświęciłem muzyce, bardzo dużo rzeczy mam nieprzerobionych w innych dziedzinach życia. Teraz staram się to odrobić. Nie da się bezkarnie zatopić w pracy, w pasji.
Bardzo krytycznie wyrażałeś się o polskim rynku muzycznym. Twoje dwie ostatnie płyty ukazały się w małej niezależnej wytwórni. Czy to jest krok w kierunku uwolnienia się od ludzi, dla których muzyka to biznes jak każdy inny?
- Kiedy się zobaczy budynek dużej wytwórni płytowej, to się zaczyna rozumieć, dlaczego ci ludzie mają takie ciśnienie na sukces. Muszą utrzymać swoją firmę, pracowników, rodziny.
Dla mnie swoistym oświeceniem była wiadomość, że płyty sprzedaje się na palety. Artysta skoncentrowany na stereofonicznych zagadnieniach, pięknie dźwięku, artykulacji, równoczesności uderzenia i tych wszystkich sprawach, które decydują o jakości muzyki, nie zdaje sobie sprawy, że te wypieszczone przez niego płyty trzeba potem zapakować na ciężarówkę i dowieźć do sklepu. Ktoś zamawia trzy palety jakiejś płyty albo dwie, jak każdego innego produktu.
Czy Ty czasami też nie czujesz się produktem? Sprzedajesz nie tylko muzykę, ale również swój wizerunek. Kolorowa prasa np. ekscytuje się nową fryzurą Leszka Możdżera.
- Jestem towarem na sprzedaż, taka jest smutna prawda, ponieważ moje zdjęcie jest umieszczone między reklamą perfum a reklamą szminki. Żeby żyć godnie ze swojej pracy, muszę dać sobie zrobić zdjęcie i muszę udawać mądrego, na przykład w tej chwili mówiąc do państwa. Takie są realia i nie będę się na nie obrażał.
Czy klasyczna szkoła muzyczna, w której młodemu człowiekowi układają rękę i uczą, jak ma uderzać w klawisze, jest potrzebna muzykowi, który wybiera jazz, łamanie kanonów, zabawę muzyką?
- Na pewno nie jest przeszkodą. Inna sprawa, że często w szkołach muzycznych lądują na posadzie nauczycielskiej ludzie, którzy nie mają w sobie determinacji, żeby popychać muzykę do przodu, mają natomiast wystarczająco dużo staranności, żeby nauczyć tego, co jest prawidłowe.
A co to znaczy popychać muzykę do przodu?
- To znaczy mieć odwagę burzyć i jednocześnie budować. Jest to ryzykowne, bo człowiek wystawia się na oceny. Jest ponoć wśród pszczół taki zwyczaj, że one na początku wysyłają zwiadowców, po to żeby zobaczyć, gdzie są najbliższe pola kwiatowe, gdzie można zdobyć nektar. Podczas tych wypraw bardzo wiele z nich ginie. Podobnie jest wśród artystów. Niektórzy wypuszczają się w bardzo niebezpieczne rejony, podejrzane, nieznane, i okazuje się, że nic po nich nie zostaje, nie są w stanie się utrzymać, rezygnują z pracy. Ale niektórzy wracają i mówią pozostałym pszczołom: tam jest trochę dobrego miodku.
A czy Ty jesteś zwiadowcą?
- Nie, dopiero wybieram się na zwiady.
Jazz się pojawił w Twoim życiu stosunkowo późno, w maturalnej klasie. Czy to była ucieczka od klasyki, którą Ci wpajano w szkole?
- Byłem zmęczony sztywnością muzyki klasycznej. Wydawało mi się, że pulsującym sercem muzyki współczesnej jest jazz, tam widziałem najmocniejsze osobowości i tam widziałem ludzi, którzy na mnie robili największe wrażenie. Chciałem być jednym z nich.