PROF. ANDRZEJ SZCZEKLIK : W gruncie rzeczy medycyna to bardzo humanistyczna nauka.
OLGA WOŹNIAK: Bo łączy się jakoś z filozofią, sztuką, kulturą? - Od zarania dziejów medycyna była sztuką : w końcu wywodzi się z magii - a to taki rodzaj zaklęcia świata, próba odmienienia go słowem. Jej zadanie polegało na uśmierzaniu bólu, na leczeniu ran, na przepędzaniu choroby. Dopiero w ciągu ostatnich 100, 150 lat zaczęła stawać się nauką.
Czy w związku z tym dzisiaj słowo w medycynie wciąż ma moc? - Ja bym nawet powiedział, że jest esencją mojego zawodu. Chory przychodzi do lekarza ze swoimi smutkami, zwątpieniami, bólami. A lekarz ma znaleźć drogę do takiego człowieka.
Trochę tak jak ksiądz? - Istnieje pewne podobieństwo. Sztuka polega na tym, by otworzyć się na chorego poddanego szczególnemu ciśnieniu samotności, nawiązać nić porozumienia i wyłuskać w rozmowie to , co z choroby istotne.
Przy dzisiejszym pośpiechu, kolejkach do lekarzy rzadko można sobie pozwolić na długą rozmowę. - Ale ludzie tego bardzo oczekują! Skarżą się, że lekarz nie ma czasu, żeby z nimi porozmawiać. W krajach, gdzie opieka nad pacjentem jest na innym poziomie niż u nas, na przykład w Szwecji, jest nieraz tak - przychodzi się do pięknego gabinetu, wychodzi pielęgniarka i daje do wypełnienia ankietę. "Czy boli panią serce? Czy boli rano, czy wieczorem? Czy kiedy siedzi pani w fotelu, czy kiedy idzie po schodach? Czy łatwo się pani męczy?". A potem ankietę ogląda lekarz, wypisuje receptę albo kieruje na EKG czy echo serca.
To trochę przesada... - Trochę, ale w moim odczuciu nie ma medycyny bez rozmowy . Tylko wtedy buduje się zaufanie.
Czy ja muszę lubić swojego lekarza? - Mówię o zaufaniu, nie o sympatii. Ta ostatnia byłaby nieraz nawet nie na miejscu. Bo pacjent powinien uwierzyć, że to , co ja proponuję w kwestii jego zdrowia, jest dla niego dobre. A ja nie chcę wygłaszać paternalistycznych sądów. To model leczenia poprzedniego pokolenia: kiedy lekarz nie dopuszczał zwątpienia czy burzył się, gdy pacjent chciał zasięgnąć innej opinii.
Ale czy teraz nie brniemy dla odmiany w relatywizm? Dostaję diagnozę i opinię: dolega pani to i to, ma pani wybór - leczenie farmakologiczne (szanse są takie a takie) albo operacja. Proszę wybrać. A jak ja mam wybrać?! - Rzeczywiście, często tak się dzieje i niesłusznie przenosi się odpowiedzialność na pacjenta. To lekarz powinien dać sugestię. A jeśli udało mi się w czasie rozmowy zbudować zaufanie pomiędzy mną a panią, to ta sugestia będzie mieć zupełnie inną wagę.
A może lekarze nie rozmawiają z pacjentami, bo nie umieją tego robić? Zapomnieli? - Być może. Znakiem czasów są artykuły, jak ten niedawno opublikowany w "Lancecie", w którym bardzo szczegółowo pisano, jak powinna wyglądać taka rozmowa : kiedy zawiesić głos, zmarszczyć brew, uśmiechnąć się, że nie należy popadać w cynizm... W
USA i Wielkiej Brytanii na uczelniach medycznych powstają nawet katedry tak zwanej medycyny narracyjnej, które uczą rozmowy .
Bo może lekarze coraz bardziej zaczynają przypominać mechaników - jeden zajmie się moim sercem, drugi wątrobą. A gdzie w tym wszystkim jestem ja? - To się wiąże z coraz większą specjalizacją medycyny . I na poziomie uniwersyteckim, w centrach badawczych, specjalistycznych klinikach to potrzebne. Nie chciałaby pani przecież, by serce operował pani chirurg, który operuje żylaki czy przepuklinę, a serce to tak przy okazji? Skutek jest też jednak taki, że często lekarz traci całościowe spojrzenie na pacjenta. Ale od tego są lekarze rodzinni, a zwłaszcza interniści.