http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Szymborska i Rusinek. Pierwsza poetka i jej pierwszy sekretarz

Anna Bikont, Joanna Szczęsna
2012-01-31, ostatnia aktualizacja 2012-02-02 11:16

Wisława Szymborska
Wisława Szymborska
Fot. Adam Golec / Agencja Gazeta

Przypatrzyłam mu się przez jakieś trzy miesiące - mówi Wisława Szymborska o swoim sekretarzu Michale Rusinku - i zadzwoniłam do jego mamy z wyrazami uznania, że tak dobrze wychowała syna. [Tekst ukazał się w Wysokich Obcasach 8 listopada 2003 roku]

GALERIA ZDJĘĆ
Zaczęło się to tak. Telefon w mieszkaniu Wisławy Szymborskiej dzwonił niemal bez przerwy już któryś dzień z rzędu, a poetka popadała w coraz większy popłoch. Bała się podnieść słuchawkę, przerażała ją myśl, że miałaby prowadzić rozmowy z tymi wszystkimi przeważnie obcymi ludźmi, którzy dzwonili z całego świata, by w różnych językach gratulować Nobla, proponować wieczór autorski, uświetnienie jakiejś imprezy lub wyjazd za granicę, prosić o wywiad, autograf lub zgodę na tłumaczenie wierszy...

O posiadaniu sekretarza myślała już wcześniej, od dawna męczyło ją załatwianie spraw urzędowych, prowadzenie korespondencji, bieganie na pocztę, regulowanie rachunków. Ale teraz sprawa jego znalezienia stała się paląca. Zaprzyjaźniona z poetką Teresa Walas poleciła jej młodego człowieka. Szymborska na dzień dobry wskazała mu z rozpaczą niemilknący telefon.

Pochylił się nad aparatem, stwierdził, że nie można go wyłączyć, bo gniazdko jest za szafą, a szafa - przymocowana do ściany, poprosił o nożyczki i przeciął kabel. Telefon zamilkł, poetka wpadła w zachwyt, a on pobiegł do sklepu kupić automatyczną sekretarkę, zainstalował ją i nagrał na niej lekko odstręczający komunikat, który zresztą próbuje zniechęcać do kontaktów z noblistką po dziś dzień.

Teresa Walas, profesor polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, opowiada nam, że dla niej od początku było jasne, iż sekretarzem Wisławy musi zostać młody mężczyzna, bo to "stworzy między nim a jego pracodawczynią naturalny dystans o charakterze, że tak powiem, brechtowskim".

Mężczyzna, ale co poza tym? - pytamy.

- Lojalny, inteligentny, dobrze wychowany, z językami i poczuciem humoru. Uznałam, że świetnie się będzie do tego nadawał mój student Michał Rusinek, który akurat wtedy obronił (pisaną pod moim kierunkiem) pracę "Deconstructio antiquitatis. O relacjach tekstualnych w >>Dii gentium<< Macieja Kazimierza Sarbiewskiego". Sprawę przesądziła próba ogniowa z telefonem.

Rusinek jednak skromnie podkreśla, że został sekretarzem tak, jak to zawsze bywało w Polsce, to znaczy przez protekcję. Kandydatów było wszak kilku, a co to za sztuka przeciąć kabel. Niestety, niemal od razu po przyjęciu do pracy musiał wyjechać na od dawna planowany urlop ze świeżo poślubioną małżonką.

- Ukryłam ten fakt przed Wisławą, bo gdyby wiedziała, że nie będzie go praktycznie przez czas największej burzy i naporu, wpadłaby w panikę - opowiada nam Teresa Walas. - Utrzymywałam ją w przekonaniu, że wyjechał na krótko, lada moment będzie z powrotem, i harowałam za niego. Życie pokazało, że miałam rację, trzymając dla niego tę posadę. Wisława często powtarza: "Jeśli coś ci zawdzięczam, to Michałka". Znam ją i wiedziałam, że nie będzie chciała mieć instytucji, to jest sekretariatu, biura, urzędników, co więcej, że potrzebuje człowieka, który przyda jej się również, jak minie ta cała wokółnoblowska wrzawa. Michał tę potrzebę spełnia. W ich stosunku do siebie nie ma żadnego fałszywego koleżankowania się; Wisława ma łatwość przechodzenia na "ty", ale z Michałem są na "pan" i "pani". Łączy ich wspólne poczucie humoru.



I rzeczywiście. Kiedy Rusinek zapowiada przez domofon, że przyjechał autobusem pełnym Japończyków, którzy proszą, by zeszła sfotografować się z nimi na podwórku, poetka nie barykaduje się, bo wie, że to żart. Ale inni się nabierają. Ostatnio zdarzyło się to Urszuli Kozioł, która na uroczystość z okazji otrzymania doktoratu honoris causa zaprosiła Szymborską do Wrocławia. Szymborska zatrzymała się u niej, a Rusinek w hotelu. Nazajutrz opowiedział, że gdy wieczorem wrócił do hotelu, w pokoju zastał - nie wiedzieć czemu - nieznaną panienkę z pejczem.

- Jak nazywał się ten hotel? - spytała przerażona Urszula Kozioł.

- Afrodyta - odpowiedział bez mrugnięcia okiem.

Tylko Szymborska od początku wiedziała, że zmyśla. Czasem jednak nawet ją udaje mu się nabrać. Kiedyś w prima aprilis nagrał się jej na sekretarkę głosem Władysława Bartoszewskiego. Miał frajdę, gdy zadzwoniła pytać, czy wie, jak zlokalizować Bartoszewskiego, który nie podał, gdzie się zatrzymał w Krakowie, a ma do niej jakąś ważną sprawę. Ona sama też zresztą ma skłonność do wymagających pewnego zachodu żartów. Kiedy podczas Targów Książki we Frankfurcie mieszkali w hotelu, gdzie na półpiętrze stał olbrzymi globus, wycięła z papieru, pokolorowała i przykleiła na środku Oceanu Spokojnego niedużą wysepkę.

A moja Szefowa

Pierwsze nasze kontakty z Rusinkiem dotyczyły napisanej przez nas biografii "Wisławy Szymborskiej pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny", którą poetka obiecała przeczytać, uzupełnić, a też zautoryzować swoje wypowiedzi. Wydawca wisiał nam na karku, więc wysyłałyśmy książkę po kawałku pocztą kurierską. Rusinek odbierał to, zanosił do Szymborskiej, potem odbierał i odsyłał nam z jej uwagami. Kiedyś dla ułatwienia wysłałyśmy jakiś rozdział e-mailem. Odpisał: "Przesyłka dotarła - stop - pogubiła w attachmencie polskie znaczki - stop - wstawiałem je replacem i ręcznie - stop - psiakrew - stop. Wasz bardzo diakrytyczny M.R.".

Od marca 1997 roku, kiedy to zaczęłyśmy z nim korespondować, wymieniliśmy blisko tysiąc listów. Od czasu do czasu pojawia się w nich "Szefowa". Dzięki temu jesteśmy na bieżąco co do różnych detali z życia i twórczości Szymborskiej.

Wiadomość z podróży: "Szefowa prosiła, by Wam przekazać, że spełniło się marzenie jej życia i była w Neandertalu, gdzie zrobiła sobie zdjęcie pod drogowskazem. Powiedziała, że to mogłoby być niezłe na koniec Waszej książki" (30.04.1997).

Przeprowadzka do trochę większego mieszkania, w trochę nowszym bloku: "Krążę w tę i z powrotem moim cinquecento, bo pani Wisława chce przenosić rzeczy tak po odrobince, po dwa wazoniki, po cztery miseczki, globus na jeden raz, bo przecież duży" (6.12.1997).

Wyprawa do Ikei: "Pani Wisława zażyczyła sobie, by ją zawieźć do Ikei, gdzie nigdy nie była. Zachwyciła się, siedziała ponad godzinę, grzebiąc w jakichś dzindzibołach. Potem złożyła zamówienie, żeby jej kupić bekon, ale nie będąc pewna, czy jej sekretarz wie, co to bekon - narysowała mi przekrój poprzeczny bekonu. Jutro udaję się z rysunkiem do odpowiedniego sklepu" (20.01.1999).

Misja specjalna do Pcimia i Lubomierza: "Dzwoni Szefowa i mówi: >>Panie Michale, jedziemy do Pcimia<<. Okazuje się, że jest tam sklep z akcesoriami ogrodowymi, gdzie widziała kelnera naturalnej wielkości, z gipsu, który spodobał się państwu Czyżom, jej sąsiadom z Lubomierza. No więc mamy go kupić i - to nie koniec - wstawić im potajemnie do ogródka. Niestety, kelner uległ był wypadkowi i ma obtłuczone rączki. A szkoda, bo śliczny: morda usłużnego kryminalisty, na górze łysy, z tyłu tłustawe włoski, obcisły i przykrótki fraczek, w rączkach tacka i szmatka. Ostatni egzemplarz, producent zaprzestał produkcji, bo nie idą (500 zł). Na szczęście wzrok Szefowej padł na owieczkę naturalnej wielkości wzrokiem smutnym patrzącą przed siebie (114 zł). Nabyliśmy, zawieźliśmy do Lubomierza. Szefowa w każdej chwili gotowa zanurkować pod fotel, ja w czarnych okularach. Przelazłem przez płot, wstawiłem. Później doniesiono, że owieczka zrobiła na gospodarzach piorunujące wrażenie" (17.03.2000).

Źródło: Wysokie Obcasy
  • 123
  • 42
  • 17
  • 54
  • 7
  • 41 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    110 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':