Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Kiedy usprawniałem stronę www.piotrlipinski.pl/blog, odkryłem, że niektórzy internauci przychodzą do mnie wprost z "chomika". To serwis, na którym ludzie udostępniają pliki - muzykę, wideo, książki. Często - pirackie.
Odwiedziny wyglądały tak: ktoś wprost z "chomika" maszerował do okładki książki "Ofiary Niejasnego". To wydany kilka lat temu przez Prószyńskiego i spółkę zbiór moich reportaży o represjach lat stalinizmu. Papierowy nakład - wyprzedany. Łatwo się domyślić, że na "chomiku" znalazła się piracka wersja z samym tekstem, a ci, którzy ją pobrali, ode mnie ściągali okładkę. Miło, że mieli potrzeby estetyczne.
Zajrzałem - i rzeczywiście na "chomiku" leżały moje "Ofiary Niejasnego". Ktoś książkę zeskanował i wrzucił do sieci.
Pewnie należało pobiec na policję. Ale po co? Książki nie było już w sprzedaży. A nawet gdyby była, to ten, kto ją ściągnął za darmo z sieci, niekoniecznie poszedłby do księgarni i kupił. Świat tak nie działa.
Automagiczny Facebook Opisałem historię u siebie na Facebooku.
Z podsuniętych pomysłów najpierw spodobał mi się ten, żeby książkę wystawić do pobrania "za darmo" i zaproponować, aby ściągający płacili co łaska. To był pomysł numer 1. Chwilę później jednak przemówiła wrodzona chciwość i przekonała mnie, że za darmo mogę udostępnić w każdej chwili - najpierw spróbuję zarobić.
Wprowadziłem w życie plan numer 2. Kolega radził, żebym na pobieranej z mojej strony okładce dorobił autograf i napis "wersja piracka". Pomysł zmodyfikowałem - wykonałem kilka zabiegów technicznych i przychodzących z "chomika" przekierowałem na stronę z hasłem: "Uczciwość kosztuje 5 złotych". Zaproponowałem, żeby "automagicznie" zalegalizowali swoje pirackie książki, wpłacając na moje konto 5 złotych.
Niestety - ruch z "chomika" nie ustał, a na moim koncie nie pojawiła się żadna uczciwa złotówka.
Przyszła pora na plan nr 3 - opublikowanie e-booka.
Amazonka Amanda W tym momencie najchętniej zostałbym kobietą. Dokładniej rzecz biorąc, Amandą Hocking.
Amanda to pierwsza gwiazda elektronicznych książek. Sławę zdobyła, wydając samodzielnie książki. Autorka ma 27 lat, w jej powieściach grasują wampiry i różne fantastyczne stwory, książki kosztują od 99 centów do niespełna 3 dolarów. I na nich pisarka w kilka miesięcy zarobiła ponad milion dolarów.
Wcześniej jej teksty odrzucali tradycyjni wydawcy. Czy mylili się? Niekoniecznie. Amanda zapewne zyskała dzięki modzie na e-booki wywołanej przez amerykański Amazon.
To pierwszy na świecie poważny sklep internetowy - wystartował już w 1995 r. Wywołał rewolucję w handlu - oferował olbrzymi wybór i niskie ceny.
Ponad rok temu Amazon rozpoczął kolejną rewolucję. Tym razem na rynku książek, jakby chciał w świecie czytelników stać się tym, czym
Apple z iTunes Store wśród melomanów.
Amazon sprzedaje specjalny czytnik książek - Kindle. Cieszy się on w
USA wielkim powodzeniem. Wygląda jak
tablet, ale technologicznie jest zupełnie inny. Nie wyświetla obrazu jak komputerowy monitor, ale posługuje się przyjemniejszą dla wzroku technologią elektronicznego atramentu. Przypomina "działanie" papierowej książki, bo potrzebuje zewnętrznego oświetlenia. W dzień wystarcza słońce, ale w nocy musimy włączyć lampkę, żeby zobaczyć litery. Kindle ma niesamowicie długi czas działania, sięgający kilku tygodni.
Na świecie pojawiły się podobne czytniki - choćby popularny w Polsce Onyx - ale Amazon przebija wszystkich pełną ofertą: umożliwia łatwe kupowanie elektronicznych książek mnóstwa autorów i wydawnictw.
Już mogło być pięknie - wydawcy zaczęliby więcej zarabiać dzięki ograniczeniu kosztów produkcji papierowej książki. Cyfrowe rewolucje brutalnie jednak traktują tradycyjne media. Amazon pozwolił autorom publikować książki z pominięciem wydawnictw. I to właśnie początkowo zadecydowało o sukcesie Amazonu i Amandy Hocking. Pojawiło się mnóstwo self-publisherów sprzedających swoje książki za 99 centów. I kilku udało się zarobić setki tysięcy dolarów. Te wiadomości świetnie wpłynęły na moją wyobraźnię.