Książka złożona z Turnauowych rozważań na święta i nie tylko z pewnością nie jest Breviarium Fidei. To zapis niezwykłej wrażliwości człowieka, który - gdyby żył w czasach Jezusa - biegłby pewnie za tymi, którzy od Niego odchodzili, dopytywał, dlaczego są rozczarowani i czy na pewno nie chcieliby wrócić. Mówi do nich krótko i zwięźle, wie, że mogą nie dać mu zbyt wiele czasu.
Ów specyficzny gatunek, w którym Jan Turnau spełnia się od lat nie tylko na łamach "Gazety", na swój użytek nazwałem "chrześcijańskim haiku". Lubię tę jego lapidarność, tym bardziej, im częściej dopada mnie w naszym Kościele wielosłowie. Kojarzy mi się to ze swoistym duchowo-intelektualnym reality show, w najlepszej odsłonie i wydaniu. Janek zapisuje nawet króciutkie myśli, jest uważny na najmniejsze natchnienia.
Teksty zamieszczone w tym zbiorku nie ścigają się na apologetyczne fajerwerki, nie staną się szeroko debatowanymi, wstrząsającymi kamieniami milowymi na drodze religijnej publicystyki. Nie taką jednak autor zaplanował dla nich rolę. Mam wrażenie, że celowo mówi o pół tonu ciszej niż całe medialne otoczenie. Na końcu nie daje tak zwanej mocnej pointy, by tekst - niedomknięty kropką - otwierał się na życie. Nie zostawiał w głowie wspomnień z walki, ale jedną myśl, która, gdy zaczyna w człowieku pracować, trudno się od niej uwolnić. Minirekolekcje w biegu.
Od kilku dni myślę o tym, co Jan pisze o swej burzliwej korespondencji z Szymonem Kobylińskim, zawieszonej przez Turnaua po nadesłanym - jak można się domyśleć niesprawiedliwie traktującym
Kościół tekstem, w Janie - jak sam się przyznaje - "obudził się obrażalski obrońca wiary". Gdy Kobyliński umarł, Turnau robi rachunek sumienia. Może jednak powinien odpisać? Dlaczego czasem chcemy czekać, aż nasze spory rozsądzi tamten świat - "ktoś absolutnie inny od jego [Kobylińskiego] sceptycyzmu i mojej mętnej wiary".
Ta książka utwierdza mnie też w przekonaniu, że nie zawsze się z Jankiem zgadzam. Choć pisanie o religii zaczynałem w "Arce Noego", dziś chętnie bym się z nim czasem pospierał, inaczej rozłożył akcenty. Miewam bowiem wrażenie, że Janek chciałby, żeby w jego Kościele nie było ścian, że bywa adwokatem, który z urzędu broni rzeczy i postaw, które mnie wydają się trudne do obrony i najchętniej rozniósłbym je w pył na polu argumentacji. Nie chciałbym pewnie, by cały co do joty Kościół myślał tak jak Jan Turnau, on też jednak chyba tego nie chce, obaj za dobrze wiemy, jak cenną rzeczą jest w tym naszym Kościele różnorodność.
Ta książka to kolejny dowód nie tylko na biblijną erudycję autora, ale dla mnie kopalnia informacji o pokoleniu, które zachłysnęło się Soborem Watykańskim II, bez przesady można powiedzieć, że oddali mu życie. Lubię, gdy Janek mówi o ludziach, wydobywa z tych, których spotkał, ich specjalne rysy. Gdy pisze o prymasie Wyszyńskim, który nie lubił nowości, ale bez jego niezłomności daleko byśmy nie zajechali, czy o księdzu Popiełuszce, który w kolejkach nigdy nie pchał się do przodu.
Turnauowi trzeba być wdzięcznym za to, że zatrzymuje czasem przy Kościele ludzi, którzy, gdyby nie zapalane przez niego światła, dawno powędrowaliby już w swoją stronę. Żeby zostali z nami na dobre, do roboty muszą wziąć się również inni.
*Szymon Hołownia jest dziennikarzem i pisarzem, dyrektorem stacji telewizyjnej religia.tv. Napisał m.in. "Tabletki z krzyżykiem", "Kościół dla średnio zaawansowanych", a ostatnio "Bóg, kasa i rock'n'roll" (wspólnie z Marcinem Prokopem)