Santorini na beczce prochu
11.06.2012
, aktualizacja: 11.06.2012 13:42
Po sześciu dekadach spokoju budzi się wulkan na jednej z najpiękniejszych wysp świata. Na razie nie ma powodu, by uciekać. Kontrolujemy sytuację - uspokajają wulkanolodzy
ZOBACZ TAKŻE
- To mogą być kości Jana Chrzciciela (17-06-12, 14:35)
- Wszyscy jesteśmy Azjatami? (13-06-12, 15:46)
- Jak z pomocą dzięcioła fotografowałem liski (11-06-12, 09:08)
- Panie Premierze, kosmos czeka! (05-06-12, 17:10)
- Pływające roboty wytropią trucicieli (29-05-12, 14:19)
Santorini, zwana też Therą lub Thirą, leży w południowej części Morza Egejskiego. Najbliższym większym lądem jest Kreta, oddalona o blisko 100 km. Piękno wyspy to zasługa jej wybuchowego charakteru. Stanowi ona bowiem najwyższe, wystające ponad wodę, piętro wielkiego wulkanu wznoszącego się z głębokości prawie kilometra. Ta zanurzona w morzu góra ma u podstawy średnicę 20 km. Zwykle drzemie i wtedy wokół jest dość spokojnie. Ale bywa też niezwykle groźnie. W ciągu ostatniego pół miliona lat obudziła się kilkanaście razy. Za każdym razem szczyt wylatywał w powietrze, a pył wulkaniczny zasypywał lądy w promieniu setek kilometrów.
Po każdej takiej eksplozji pozostaje trochę skalnych łupin, które wystają ponad wodę. Z ostatniej erupcji, do której doszło około 3650 lat temu, ocalało właśnie Santorini, a także sąsiednia wysepka Thirasia.
Był to jeden z większych ziemskich kataklizmów w czasach historycznych, znacznie silniejszy od słynnej eksplozji indonezyjskiego wulkanu Krakatau w 1883 r., którą słyszano z odległości ponad tysiąca kilometrów. Nie znamy żadnych źródeł pisanych, które by zdawały relację z tego, co się wówczas zdarzyło na Morzu Egejskim. Ale sporo udało się ustalić na podstawie badań archeologicznych i geologicznych.
Santorini była już wtedy zamieszkana. Na jej południowym brzegu kilka dekad temu odkryto pozostałości starożytnej miejscowości Akrotiri zasypanej warstwą popiołu o grubości 20 m. Jej mieszkańcy reprezentowali wspaniałą kulturę minojską, której serce biło na niedalekiej Krecie, gdzie wznoszono olbrzymie pałace. W domach na Santorini była kanalizacja i system wodociągów z zimną oraz ciepłą wodą (podgrzewaną w źródłach geotermalnych). Eksplozja zniszczyła cały ten nowoczesny świat sprzed ponad 3,5 tys. lat. Pył wulkaniczny zasypał osady na innych wyspach, wiele z nich zmiotła kilkunastometrowa fala tsunami. Niektórzy uważają, że właśnie wtedy narodził się mit o Atlantydzie, o którym pisał Platon.
Eksplozję odczuła znaczna część globu. Wybuch zachwiał klimatem półkuli północnej. Ochłodzenie zanotowano w Chinach, a w Kalifornii i Irlandii badacze znaleźli warstwę przemarzniętych drzew z tego okresu.
Drobny pył, uniesiony na wysokość ponad 30 km, dotarł nawet do Grenlandii. Po wybuchu pozostała kaldera - wyrwa o średnicy 10 km i głębokości kilkuset metrów, którą natychmiast zalało morze. Z wody wystają jedynie jej strome krawędzie - tworzą dziś kilkusetmetrowe, pełne niewypowiedzianej grozy, zapierające dech w piersiach klify Santorini.
W następnych tysiącleciach zapanował spokój. Wulkan, najwyraźniej wyczerpany erupcją, zapadł w sen. Kilkaset lat temu nieco się ożywił. Znów zaczęła się pod nim zbierać magma, która wędrowała do góry i formowała nowy stożek w dziurze po starym. Początkowo znajdował się pod woda, ale rósł szybko i w końcu pojawił się na powierzchni, dając początek wyspie Nea Kameni, która dziś ma średnicę 2 km. Jednak w latach 50. XX w. wulkan pod Santorini znów zasnął. Aktywność wulkaniczna i towarzyszące jej wstrząsy sejsmiczne ustały. Na jak długo?
Pytanie to zadawali sobie coraz częściej zaniepokojeni greccy wulkanolodzy. Źródłem niepokoju był nie tyle sam wulkan, ile to, że w ciągu ostatniego półwiecza Santorini zamieniła się w turystyczny kombinat, do którego w sezonie, czyli od maja do października, przybywa milion ludzi.
W połowie lat 90. założono obserwatorium geofizyczne monitorujące zachowanie podwodnego olbrzyma, a pięć lat temu pomoc zaoferowali amerykańscy wulkanolodzy. Wspólnymi siłami zainstalowano sieć obserwacyjną, na którą składa się kilkanaście sejsmometrów rejestrujących drżenia skał oraz kilka odbiorników GPS mierzących przesuwanie się wyspy z dokładnością do kilku centymetrów.
Korzystają z niej coraz chętniej wulkanolodzy. W Europie taki system kontroluje też ruchy gruntu wokół Wezuwiusza i Etny. Dzięki niemu można oszacować, ile magmy napłynęło pod wulkan, i na tej podstawie prognozować moc przyszłej erupcji. Sejsmometry pomagają uchwycić sam moment poprzedzający wybuch - drżenia skał wtedy się nasilają.
Rok temu, w styczniu 2011 r., po 60 latach milczenia wulkan pod Santorini zaczął zdradzać objawy ożywienia. Sejsmometry zanotowały serię miniwstrząsów, nad kraterami Nea Kameni pojawił się dym. Do erupcji jednak nie doszło.
Andrew Newman z Georgia Institute of Technology w Atlancie, kierujący amerykańskim zespołem, podjął wtedy szybką decyzję: rozmieścił na głównej i mniejszych wyspach dodatkowe odbiorniki GPS. Łącznie pracuje ich teraz ponad 20. - Chcemy dokładnie wiedzieć, które miejsca wokół kaldery są najbardziej zagrożone. Gdy pod wulkan zaczyna napływać magma, teren nadyma się jak balon, a punkty na powierzchni są rozpychane na boki. Mierzymy tempo tych przesunięć - wyjaśnia naukowiec.
Niedawno w "Geophysical Research Letters" opublikował pierwsze wyniki pomiarów. Dotyczą zeszłego roku. W tym czasie Santorini i jej mniejsza sąsiadka Thirasia odsunęły się od centrum kaldery o 5-9 cm. Rok wcześniej było to tylko parę milimetrów. - Wulkan się budzi. Oszacowaliśmy, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy napłynęło pod niego 14 mln m sześc. magmy. Wypełniłaby kulę o średnicy trzech boisk piłkarskich - mówi Newman. Jak podkreśla, jest to zaledwie ułamek procent tego, co wyleciało w powietrze 3,5 tys. lat temu, zatem nie należy się spodziewać równie wielkiej eksplozji. - Dawniej nie wiedzielibyśmy, co się dzieje, ale w erze pomiarów satelitarnych można to zmierzyć i wykluczyć najgorszy scenariusz - mówi naukowiec.
Jednak dla mieszkańców i turystów na Santorini niebezpieczna może się okazać także słabsza erupcja, tyle że podwodna. Wzbudzone przez nią tsunami mogłoby uderzyć w domy i zacumowane przy brzegu statki, a także uruchomić wielkie osuwiska na klifie. To realne zagrożenie. Na Morzu Śródziemnym zanotowano wiele takich wypadków.
- Obserwujemy Santorini i na razie nie ma powodu do niepokoju. Ludziom ze strony wulkanu nic nie grozi. Jeśli jednak magma będzie wciąż napływała do podziemnej komory, w końcu może dojść do silniejszej erupcji. Nasze instrumenty powinny to wykryć. Na szczęście wulkany zwykle wysyłają sygnały ostrzegawcze - uspokaja Newman.
Znacznie trudniejsze do przewidzenia są trzęsienia ziemi, których ryzyko także wzrośnie, jeśli wulkan pod wyspą zacznie się mocno nadymać. Santorini leży w pobliżu aktywnego uskoku tektonicznego i wielki podziemny balon magmy może naruszyć równowagę skał. Ostatni silny wstrząs na wyspie zanotowano w lipcu 1956 r. W gruzach legły wtedy setki domów.
- Pilnym zadaniem jest rozmieszczenie aparatury pomiarowej pod wodą, czyli na dnie kaldery, gdzie dzieją się rzeczy najważniejsze. Wraz z greckimi naukowcami szukamy pieniędzy na ten cel. Wtedy byłby to najlepiej monitorowany podwodny wulkan na świecie. Ale tak powinno być, biorąc pod uwagę, jak ludne jest to miejsce - mówi Newman.
Po każdej takiej eksplozji pozostaje trochę skalnych łupin, które wystają ponad wodę. Z ostatniej erupcji, do której doszło około 3650 lat temu, ocalało właśnie Santorini, a także sąsiednia wysepka Thirasia.
Był to jeden z większych ziemskich kataklizmów w czasach historycznych, znacznie silniejszy od słynnej eksplozji indonezyjskiego wulkanu Krakatau w 1883 r., którą słyszano z odległości ponad tysiąca kilometrów. Nie znamy żadnych źródeł pisanych, które by zdawały relację z tego, co się wówczas zdarzyło na Morzu Egejskim. Ale sporo udało się ustalić na podstawie badań archeologicznych i geologicznych.
Santorini była już wtedy zamieszkana. Na jej południowym brzegu kilka dekad temu odkryto pozostałości starożytnej miejscowości Akrotiri zasypanej warstwą popiołu o grubości 20 m. Jej mieszkańcy reprezentowali wspaniałą kulturę minojską, której serce biło na niedalekiej Krecie, gdzie wznoszono olbrzymie pałace. W domach na Santorini była kanalizacja i system wodociągów z zimną oraz ciepłą wodą (podgrzewaną w źródłach geotermalnych). Eksplozja zniszczyła cały ten nowoczesny świat sprzed ponad 3,5 tys. lat. Pył wulkaniczny zasypał osady na innych wyspach, wiele z nich zmiotła kilkunastometrowa fala tsunami. Niektórzy uważają, że właśnie wtedy narodził się mit o Atlantydzie, o którym pisał Platon.
Eksplozję odczuła znaczna część globu. Wybuch zachwiał klimatem półkuli północnej. Ochłodzenie zanotowano w Chinach, a w Kalifornii i Irlandii badacze znaleźli warstwę przemarzniętych drzew z tego okresu.
Drobny pył, uniesiony na wysokość ponad 30 km, dotarł nawet do Grenlandii. Po wybuchu pozostała kaldera - wyrwa o średnicy 10 km i głębokości kilkuset metrów, którą natychmiast zalało morze. Z wody wystają jedynie jej strome krawędzie - tworzą dziś kilkusetmetrowe, pełne niewypowiedzianej grozy, zapierające dech w piersiach klify Santorini.
W następnych tysiącleciach zapanował spokój. Wulkan, najwyraźniej wyczerpany erupcją, zapadł w sen. Kilkaset lat temu nieco się ożywił. Znów zaczęła się pod nim zbierać magma, która wędrowała do góry i formowała nowy stożek w dziurze po starym. Początkowo znajdował się pod woda, ale rósł szybko i w końcu pojawił się na powierzchni, dając początek wyspie Nea Kameni, która dziś ma średnicę 2 km. Jednak w latach 50. XX w. wulkan pod Santorini znów zasnął. Aktywność wulkaniczna i towarzyszące jej wstrząsy sejsmiczne ustały. Na jak długo?
Pytanie to zadawali sobie coraz częściej zaniepokojeni greccy wulkanolodzy. Źródłem niepokoju był nie tyle sam wulkan, ile to, że w ciągu ostatniego półwiecza Santorini zamieniła się w turystyczny kombinat, do którego w sezonie, czyli od maja do października, przybywa milion ludzi.
W połowie lat 90. założono obserwatorium geofizyczne monitorujące zachowanie podwodnego olbrzyma, a pięć lat temu pomoc zaoferowali amerykańscy wulkanolodzy. Wspólnymi siłami zainstalowano sieć obserwacyjną, na którą składa się kilkanaście sejsmometrów rejestrujących drżenia skał oraz kilka odbiorników GPS mierzących przesuwanie się wyspy z dokładnością do kilku centymetrów.
Korzystają z niej coraz chętniej wulkanolodzy. W Europie taki system kontroluje też ruchy gruntu wokół Wezuwiusza i Etny. Dzięki niemu można oszacować, ile magmy napłynęło pod wulkan, i na tej podstawie prognozować moc przyszłej erupcji. Sejsmometry pomagają uchwycić sam moment poprzedzający wybuch - drżenia skał wtedy się nasilają.
Rok temu, w styczniu 2011 r., po 60 latach milczenia wulkan pod Santorini zaczął zdradzać objawy ożywienia. Sejsmometry zanotowały serię miniwstrząsów, nad kraterami Nea Kameni pojawił się dym. Do erupcji jednak nie doszło.
Andrew Newman z Georgia Institute of Technology w Atlancie, kierujący amerykańskim zespołem, podjął wtedy szybką decyzję: rozmieścił na głównej i mniejszych wyspach dodatkowe odbiorniki GPS. Łącznie pracuje ich teraz ponad 20. - Chcemy dokładnie wiedzieć, które miejsca wokół kaldery są najbardziej zagrożone. Gdy pod wulkan zaczyna napływać magma, teren nadyma się jak balon, a punkty na powierzchni są rozpychane na boki. Mierzymy tempo tych przesunięć - wyjaśnia naukowiec.
Niedawno w "Geophysical Research Letters" opublikował pierwsze wyniki pomiarów. Dotyczą zeszłego roku. W tym czasie Santorini i jej mniejsza sąsiadka Thirasia odsunęły się od centrum kaldery o 5-9 cm. Rok wcześniej było to tylko parę milimetrów. - Wulkan się budzi. Oszacowaliśmy, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy napłynęło pod niego 14 mln m sześc. magmy. Wypełniłaby kulę o średnicy trzech boisk piłkarskich - mówi Newman. Jak podkreśla, jest to zaledwie ułamek procent tego, co wyleciało w powietrze 3,5 tys. lat temu, zatem nie należy się spodziewać równie wielkiej eksplozji. - Dawniej nie wiedzielibyśmy, co się dzieje, ale w erze pomiarów satelitarnych można to zmierzyć i wykluczyć najgorszy scenariusz - mówi naukowiec.
Jednak dla mieszkańców i turystów na Santorini niebezpieczna może się okazać także słabsza erupcja, tyle że podwodna. Wzbudzone przez nią tsunami mogłoby uderzyć w domy i zacumowane przy brzegu statki, a także uruchomić wielkie osuwiska na klifie. To realne zagrożenie. Na Morzu Śródziemnym zanotowano wiele takich wypadków.
- Obserwujemy Santorini i na razie nie ma powodu do niepokoju. Ludziom ze strony wulkanu nic nie grozi. Jeśli jednak magma będzie wciąż napływała do podziemnej komory, w końcu może dojść do silniejszej erupcji. Nasze instrumenty powinny to wykryć. Na szczęście wulkany zwykle wysyłają sygnały ostrzegawcze - uspokaja Newman.
Znacznie trudniejsze do przewidzenia są trzęsienia ziemi, których ryzyko także wzrośnie, jeśli wulkan pod wyspą zacznie się mocno nadymać. Santorini leży w pobliżu aktywnego uskoku tektonicznego i wielki podziemny balon magmy może naruszyć równowagę skał. Ostatni silny wstrząs na wyspie zanotowano w lipcu 1956 r. W gruzach legły wtedy setki domów.
- Pilnym zadaniem jest rozmieszczenie aparatury pomiarowej pod wodą, czyli na dnie kaldery, gdzie dzieją się rzeczy najważniejsze. Wraz z greckimi naukowcami szukamy pieniędzy na ten cel. Wtedy byłby to najlepiej monitorowany podwodny wulkan na świecie. Ale tak powinno być, biorąc pod uwagę, jak ludne jest to miejsce - mówi Newman.
Skomentuj:
Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX
- Wszystko
- PŁATNE
- 1.
"Co się tak, durniu, cieszysz, wyjedziemy na miasto, to ci mina zrzednie". Egzamin na prawo jazdy w praktyce
- 2.
Nowa moda komunijna: do kościoła limuzyną z szoferem. "Najchętniej wybierają takie z drzwiami podnoszonymi do góry"
- 3.
Ray Manzarek - 8 piosenek, które musisz znać
- 4.
Władysław Frasyniuk: "Wałęsa to samotny, zgorzkniały człowiek"
- 5.
Jak Niemcy przejechali się na dronie
- 1.
Polecamy
Dodatki i kolekcje Gazety Wyborczej
Zamów na adres e-mail newslettera z najnowszymi wiadomościami naukowymi!
Przykładowy newsletter














