Nosi kryptonim OR-7, bo był siódmym wilkiem, któremu strażnicy przyrody w stanie Oregon założyli nadajnik
GPS. Stąd wiadomo, że 28 grudnia przekroczył granicę Kalifornii i jest tam pierwszym od 88 lat wilkiem żyjącym na wolności.
Od razu stał się postacią kultową w tym jednym z najbardziej ekologicznych stanów. Towarzystwa przyrodnicze przeżywają najazd nowych członków, wilcze motywy pojawiły się na pamiątkach, koszulkach i czapkach, a także w ofercie salonów tatuaży. Powstają fankluby OR-7, wilcze bractwa, które spotykają się o zmroku, by wspólnie wyć do księżyca. I oczywiście dziś już nic nie może ominąć cyberprzestrzeni - OR-7 ma swój profil na Facebooku i nawet ktoś się pod niego podszywa na Twitterze (narzeka tam na imię Wędrówka, które dostał w jednym z plebiscytów, i dementuje, jakoby jego ulubionym aktorem był Kevin Costner w "Tańczącym z wilkami").
Zastrzel, zakop i zamknij się W realnym życiu OR-7 nie ma pojęcia o zamieszaniu, jakie spowodował. Odkąd we wrześniu zeszłego roku oddzielił się od swojej watahy w północno-wschodniej części stanu Oregon, przewędrował już ponad 1,5 tys. km, starannie omijając ludzkie siedziby i unikając ludzi. W Kalifornii tylko raz dał się sfotografować - automatycznej kamerze, którą myśliwi ustawili na zwierzęcym szlaku.
Stanowy departament rybołówstwa i myślistwa publikuje mapę, na której można śledzić jego wędrówkę. Od dwóch tygodni kręci się gdzieś w lasach na północ od wulkanicznego parku narodowego Lassen. Na mapie nie znajdziemy jego najbardziej aktualnego położenia - chodzi o to, by nie niepokoili go wielbiciele, a także wrogowie.
Przybycie OR-7 do Kalifornii nie wszystkim się bowiem podoba. - My go tu nie witamy - mówi Jack Hanson, ranczer z hrabstwa Lassen i skarbnik kalifornijskiego Stowarzyszenia Hodowców Bydła. - Gdyby prawo pozwalało, zastrzelilibyśmy go na miejscu, żeby się nie rozmnożył.
W Kalifornii wilki są pod ścisłą ochroną - za zabicie wilka można dostać nawet 100 tys. dol. grzywny i rok więzienia. Ale ranczerzy odgrażają się, że jak wilk zasmakuje w ich owcach lub cielakach, to postąpią zgodnie ze starą regułą trzech "S" ("shoot, shovel, shut up"), co na polski można przetłumaczyć jako regułę trzech "Z" ("zastrzel, zakop i zamknij się").
Na jednym z internetowych forów ktoś hodowcom odpowiedział, by zamiast wilkowi grozić, grodzili swe stada albo zatrudnili kowbojów i psy do ochrony przed drapieżnikami. Bo "ten ląd należy także do dzikiej zwierzyny, a wilki żyły w tym kraju dłużej niż biały człowiek i jego krowy".
Zdobywcy Dzikiego Zachodu i ich potomkowie rozprawili się z wilkami dość szybko - do lat 30. zeszłego wieku znikły one z wszystkich stanów poza Alaską (w Kalifornii ostatniego wilka zabito w roku 1924 w hrabstwie Lassen, tam gdzie teraz dotarł OR-7). Wytępiono je jako szkodniki, które zabijają bydło i konkurują z myśliwymi o zwierzynę. W purytańskiej Ameryce wilki miały nawet gorszą reputację niż w Starym Świecie - były symbolem zła i szatana. Gary Marbut, prezydent wpływowego Stowarzyszenia Sportów Strzeleckich w Montanie, kilka lat temu wypowiadał się, że "stworzenie i rozwój całej ludzkiej cywilizacji można postrzegać jako proces wznoszenia fortyfikacji przeciwko wilkom".
Wojna na lądzie i z powietrza Okazało się jednak, że wilk to ważny element ekosystemu, co szczególnie było widać w objętych ochroną parkach narodowych. W słynnym Yellowstone - na granicy słabo zamieszkanych stanów Wyoming, Montana i Idaho - bez wilków rozrosła się populacja jeleni i mulaków (spokrewnionych z naszymi sarnami), które ogołociły brzegi rzek i strumieni, co z kolei spowodowało zwiększoną erozję, przetrzebiło wydry, bobry i ryby. Wilk był jak mały klocek domina, który upadając, zaczął powalać następne klocki.
W połowie lat 90. zeszłego wieku zdecydowano się więc na powrót osiedlić wilki w Yellowstone - sprowadzono 66 osobników z Kanady i wypuszczono je na wolność. Operacja udała się nadspodziewanie. Wilki poczuły się jak u siebie w domu, rozmnożyły, rozeszły po sąsiednich stanach. Dziś ich populację szacuje się na 1,7 tys. sztuk.
Wraz z nimi powróciły jednak stare konflikty. Myśliwi, farmerzy, a także konserwatywne i bardzo silne w Ameryce stowarzyszenia posiadaczy broni zaczęły walczyć o to, by wilki usunąć z listy gatunków zagrożonych i by można było do nich znowu strzelać. W zeszłym roku Kongres poszedł im na rękę - w kilku stanach wilki zostały wyjęte spod ścisłej ochrony.
W stanie Idaho myśliwi mogli w zeszłym sezonie odstrzelić aż 500 z 750 żyjących tam wilków, w Montanie - 220 z 550, w Wyoming na celowniku znalazło się 350 osobników. A ponieważ tych planów nie udało się zrealizować, władze stanowe przymierzają się do bardziej "agresywnych metod". Mówi się, że latem rozpoczną się polowania z helikopterów. Senator Max Baucus z Montany podczas wizytacji fabryki, gdzie produkuje się zdalnie sterowane drony dla wojska, zasugerował, że oprócz akcji w Afganistanie samolot mógłby także brać udział w kontroli populacji drapieżników w
USA (według zapewnień producenta drony są już tak zaawansowane, że bez problemu odróżnią z powietrza wilka od kojota, co nie zawsze udaje się ludziom - ostatnio myśliwi z Belgii zastrzelili w zachodniej Polsce dwa wilki, tłumacząc się potem, że wzięli je za jenoty).
Nie bez powodu aktywiści ochrony przyrody twierdzą, że to, co szykuje się przeciwko amerykańskim wilkom, trudno nazwać polowaniem. To już regularna wojna albo raczej eksterminacja.
Zew miłości W tym kontekście samotna wędrówka OR-7, która zaprowadziła go do bezpiecznej na razie Kalifornii, nabiera znaczenia symbolu. OR-7 szuka miłości. Dosłownie. Strażnicy przyrody twierdzą, że jego odłączenie się od grupy to typowe zachowanie młodego wilka, który szuka partnerki i chce założyć własną watahę. Niestety, o czym OR-7 nie ma pojęcia, ale z czego doskonale zdają sobie sprawę obserwujący jego włóczęgę internauci, w Kalifornii szuka na próżno. Tam oprócz niego nie ma jeszcze innych wilków. Stąd liczne głosy, żeby mu tę partnerkę podrzucić, a najlepiej też oczyścić z ludzi jakiś obszar, gdzie mógłby z nią zamieszkać.
Kalifornijskie władze nie mają takich planów, ale są świadome tego, że za OR-7 z czasem przyjdą inne wilki. W ciągu dekady w tym stanie powinna osiedlić się co najmniej jedna wataha, zwłaszcza że wilki są teraz wybijane i przepędzane z obszaru północnych Gór Skalistych. Dlatego Kalifornia rozpoczęła akcję informacyjną, która ma przygotować obywateli.
Mark Stopher, ekolog i doradca szefa kalifornijskiego departamentu rybołówstwa i myślistwa, przekonuje, że większość potocznych sądów o wilkach to mity.
Faktycznie, czasem zabijają bydło, ale dużo więcej szkód czynią kojoty, pumy i niedźwiedzie, a poza tym ranczerzy dostają za to odszkodowanie. Ludzie nie powinni się bać wilków bardziej niż tego, że spadnie im na głowę satelita. Mniej więcej takie samo jest bowiem ryzyko, że padniemy ofiarą tego płochliwego drapieżnika.
Najlepszą puentą są słowa Eda Bangsa, który z ramienia władz federalnych opiekuje się wilkami w stanach Wyoming, Montana i Idaho i od lat spotyka się z ranczerami, myśliwymi i zielonymi aktywistami. Niedawno w "New York Timesie" mówił:
- Kiedy wilki powracają, jedni mówią o końcu cywilizacji czy dzieciach porywanych z przystanków szkolnych, inni zaś cieszą się, że natura wreszcie wraca do stanu równowagi i wkrótce wszyscy razem grupowo się przytulimy. A ja lubię powtarzać: wilki są nudne, ale ludzie są fascynujący.
Z ostatniej chwili: Jeden z rodzonych braci OR-7, także z nadajnikiem i oznaczony jako OR-9, został właśnie zastrzelony. OR-9 także oddzielił się od watahy, ale poszedł w przeciwną stronę niż OR-7 i przeszedł ze stanu Oregon do Idaho, gdzie na wilki można już polować. Miał podwójnego pecha, bo zeszłoroczny sezon łowiecki na wilki już się tam skończył, ale myśliwy tłumaczył się, że o tym nie wiedział.
OR-7 online: Wilk w Kalifornii Na Twitterze: Wolf_OR7, WolfOR7