Profesor Rodney Brooks i robot Cog, którego stworzono w kierowanym przez naukowca Laboratorium Sztucznej Inteligencji w Massachusetts Institute of Technology
Fot. PETER MENZEL EAST NEWS
Sztuczna inteligencja, wielkie marzenie ludzkości, właśnie pojawia się wśród nas. Po cichu, niezauważalnie i w dość nieoczekiwany sposób. Powinniśmy się bać czy cieszyć?
Czekamy na nią od niepamiętnych czasów. No, przynajmniej od starożytności, bo to wtedy powstał mit o Talosie, mechanicznym olbrzymie z brązu, który strzegł brzegów Krety. Nie dość, że potrafił obchodzić brzegi wyspy, to w dodatku odróżniał przyjaciół od wrogów. Dojrzawszy tych drugich, rozgrzewał się do czerwoności, a następnie brał ich w ogniste objęcia, w ten bolesny sposób szybko kończąc inwazję na wyspę.
O ile marsz i palenie wrogów byłyby jeszcze technicznie osiągalne, o tyle rozpoznawanie tego, kogo uściskać, a kogo nie, stanowi problem nawet dla najnowocześniejszych autonomicznych systemów wojskowych, jakie nieustannie testowane są na niebie i ziemi Afganistanu. Podejmowanie takich decyzji wymaga bowiem właśnie tego czegoś, czego od tysiącleci szukamy - sztucznej inteligencji.
Tylko czym ona ma być? By nie zagłębiać się w kulturowe i religijne niuanse, najprościej można by odpowiedzieć: sztucznym tworem, który będzie myślał w taki sposób, jak czynią to ludzie. Zwykle w mitach i kulturze to człowieczeństwo jest niepełne albo wypaczone - taki jest Golem z Talmudu, robot Maria z "Metropolis" i HAL z "2001: Odysei kosmicznej". I zwykle rodzi się nagle - Golem dostaje papirus z hebrajskim napisem, a Skynet z "Terminatora" zyskuje świadomość, gdy do sieci zostaje podłączona wystarczająca liczba komputerów. A gdy już powstanie, czym prędzej zaczyna działać.
Wszystkie te wizje stworzone przez kulturę całkowicie zdominowały nasz sposób myślenia o sztucznej inteligencji. Uważamy, że jej nie ma, bo z pewnością zauważylibyśmy jej narodziny. Czy rzeczywiście cokolwiek byśmy dostrzegli? I czy można mówić o "narodzinach" - łatwym do określenia momencie?
Podobni, choć inni
Pierwsza kwestia dotyczy podobieństwa ewentualnej sztucznej inteligencji do inteligencji ludzkiej. Zakładamy, że musi być ono bardzo wyraźne. A przecież sposób, w jaki myślimy, został ukształtowany przez ostatnie 10 mln lat ewolucji i bardzo ściśle zależy od warunków, w jakich powstawał nasz gatunek. Wystarczy spojrzeć choćby na wyjątkowy dla człowieka system rozpoznawania twarzy. To, że dostrzegamy je nie tylko u innych ludzi, ale też na nadpalonych tostach, w tłustych plamach na szybach czy w układzie marsjańskich gór, jest efektem działania znajdujących się w płatach skroniowych mózgu grup neuronów, które aktywują się wyłącznie w reakcji na ściśle określone zespoły kształtów - zestaw oczy-nos-usta w różnych wariacjach. Z ewolucyjnego punktu widzenia to zrozumiałe - skuteczne rozpoznanie twarzy jest kluczowe dla życia społecznego.
Oczekiwalibyśmy naturalnie, że sztuczna inteligencja, której pokażemy tost, na którym widzimy zarys twarzy, wykrzyknie: "O, faktycznie! Ale fajne!". Tyle że to głęboko antropocentryczny sposób myślenia - maszyna nie przechodzi procesu ewolucji, jaki mamy za sobą, nie wykształciła więc struktur w ten sposób działających. To samo dotyczy większości ludzkich cech, których trudno nauczyć się na podstawie samej obserwacji naszych zachowań. Jeśli miałaby istnieć hipotetyczna sztuczna inteligencja, która cichcem tworzyłaby się gdzieś u naszego boku, by nagle się ujawnić, to mogłaby ona wytropić, zgromadzić i przeanalizować wszystkie szeroko w mediach omawiane przypadki cudownych wizerunków. Trudno byłoby jej jednak na tej podstawie wytworzyć odpowiednik ludzkiego systemu rozpoznawania twarzy - bardzo trudno stwierdzić, gdzie jest granica podobieństwa, które "odpala" w mózgu odpowiednie neurony, a co już nie wywołuje tej reakcji.
Ta i mnóstwo innych cech ściśle ludzkich sprawiają, że samoczynne narodziny sztucznej inteligencji podobnej do naszej są praktycznie niemożliwe. Nauczenie się całego zespołu cech, które określamy jako człowieczeństwo, byłoby najprawdopodobniej niemożliwe, a rozpoznanie przez prawdziwych ludzi fałszu - banalnie proste. Jesteśmy, co znowu jest efektem ewolucji w stadzie, niezwykle wyczuleni na najsubtelniejsze nawet odchylenia od ludzkiej normy. Rozróżnienie swój - obcy było przez miliony lat sprawą życia lub śmierci. Wychwytujemy najdrobniejsze zmiany w akcencie wypowiadanych słów, delikatne zmiany wywołane środkami odurzającymi czy nawet zmęczeniem. Niełatwo nas oszukać.
Jak odróżnić bułkę od jeża?
Jedyną drogą pozostaje więc "ręczne" zbudowanie sztucznej inteligencji. Sami musimy rozpoznać kluczowe dla człowieczeństwa cechy, po to by precyzyjnie je opisać, a następnie zaprogramować w maszynie. Zajmujemy się tym zresztą od dość dawna, bo od ponad pół wieku. W latach 60. szybki rozwój elektroniki sprawił, że zbudowanie sztucznej inteligencji wydawało się w zasięgu ręki. Duży w tym udział miał zmarły w październiku zeszłego roku profesor John McCarthy, który uważany jest za ojca współczesnej koncepcji sztucznej inteligencji - on sam zresztą wprowadził ten termin do użycia w jednym ze swoich artykułów z 1955 r. Profesor McCarthy założył w Massachusetts Institute of Technology (MIT) Laboratorium Sztucznej Inteligencji i stworzył założenia, które zainspirowały wszystkich tych autorów książek i filmów science fiction, od których przejęliśmy całą koncepcję.
John McCarthy jeszcze w latach 50. przyjął założenie, że "każdy aspekt uczenia się lub każda inna cecha inteligencji mogą zostać tak precyzyjnie opisane, iż maszyna może je symulować". Kolejne sukcesy techniczne lat 60. i 70. tak zdawały się przybliżać tę wizję, że na początku lat 80. poważne fundusze inwestycyjne zaczęły wkładać duże pieniądze w początkujące firmy z Doliny Krzemowej, które obiecywały rychłe powstanie sztucznej inteligencji. Wychodzono bowiem z założenia, że skoro komputery opanowały tak trudne zadania jak złożone obliczenia matematyczne czy gra w szachy, to łatwe będzie nauczenie ich rzeczy prostych - rozpoznawania twarzy, rozumienia języka czy odróżnienia bułki od jeża.
Mijały jednak lata i stopniowo okazywało się, że sprawa jest znacznie trudniejsza, niż dotąd sądzono. Wielkie nadzieje ludzkości i wielkie pieniądze funduszy przepadły, a w połowie lat 80. badacze doszli do bolesnych wniosków, które sformułowano w postaci tak zwanego paradoksu Moraveca: "Stosunkowo łatwo sprawić, żeby komputery przejawiały umiejętności dorosłego człowieka w testach na inteligencję albo w grze w warcaby, ale jest trudne albo wręcz niemożliwe zaprogramowanie im umiejętności rocznego dziecka w percepcji i mobilności".
Dlaczego? Być może jednym z wyjaśnień jest wcześniej wspomniana kwestia ewolucji. Matematyka, szachy i inne dziedziny, w których komputery radzą sobie świetnie, to bardzo świeże wynalazki ludzkości. Posługujemy się nimi od tak niedawna, że nie znalazły one żadnego odzwierciedlenia w strukturach mózgu, nie wytworzyliśmy dziedziczonych mechanizmów do ich "obsługi". Inaczej rzecz ma się z rozpoznawaniem twarzy czy jeży - pierwszą z tych czynności mózg ma tak skutecznie wbudowaną, że kilkudniowe niemowlę chętniej patrzy na ludzką twarz niż na inne struktury o podobnym kształcie, kolorze i rozmiarze. O ewolucyjnym znaczeniu odróżnienia jeża od bułki wspominać nawet nie trzeba.
Inwazja obcych
Nauczeni bolesnym doświadczeniem badacze porzucili marzenia o mózgu elektronowym i kierowani już zdrowym pragmatyzmem zabrali się do prac idących w innym kierunku - odtwarzania nie struktur budowy mózgu, ale schematów jego pracy. I to zarówno na poziomie podstawowym, jak choćby kwestii dotyczących podstaw uczenia się, jak i na znacznie wyższym - dostosowywania maszyn do tego, by korzystanie z nich było dla ludzi jak najwygodniejsze.
Ta sprawa zaczęła nabierać znaczenia jeszcze pod koniec lat 80. Wcześniej zwykły człowiek miał do czynienia raczej z urządzeniami elektrycznymi niż elektronicznymi. Do systemów o najwyższym poziomie autonomii należały wtedy mechaniczno-elektryczne programatory do pralek. Kto je pamięta, wie, jak delikatne były to urządzenia. Obowiązywał całkowity zakaz kręcenia magicznym kółkiem od pralki w niewłaściwym kierunku, trzeba było znać tajny kod liczb, liter i piktogramów.
Aż tu nagle, niczym w powieści science fiction, zaczęła się inwazja obcych. Do domów zaczęły trafiać komputery osobiste, najpierw 8-bitowe Spectrum, Commodore i Atari, potem stopniowo maszyny IBM PC. To w tym czasie powstało pierwsze pęknięcie społeczne - rodziny podzieliły się na tych, którzy wiedzieli, jak ten sprzęt obsługiwać, oraz na tych, którzy uznali go za zbędny i woleli nie marnować czasu na "nowomodne nowinki".
Potem jednak nadeszły lata 90. i czas, gdy internet za sprawą usługi WWW zaczął nabierać ludzkiego oblicza. Jednocześnie Microsoft do tej pory słynący z topornych interfejsów użytkownika i upiornie nieprzyjaznego DOS-u wypuścił system Windows 95. Można dyskutować nad tym, czy było to dzieło odkrywcze i wiekopomne, ale jedno jest pewne - towarzyszyła mu gigantyczna kampania promocyjna, której koszt ocenia się na 300 mln dol. Jej efektem była nie tylko świetna sprzedaż systemu, ale też dotarcie do ludzi, którzy do tej pory nie myśleli o komputerze jako o czymś, co mogłoby być im jakkolwiek przydatne.