To osobnik okazały, ma prawie dwa metry w kłębie. Miły, ale do czasu. Gdy przesadzimy z głaskaniem, przysiądzie, puści parę z nozdrzy, parsknie ostrzegawczo. Jest skłonny pójść w sugerowane przez nas miejsce albo spojrzeć we wskazanym kierunku. Gdy nie będziemy mu zawracać głowy, zajmie się tym, czym zajmują się inne kopytne w ogrodzie: skubnie siana, powłóczy się po wybiegu, ominie przeszkody, łypnie na gości, załatwi potrzeby fizjologiczne. Wszystko zależy od tego, czy poczuje akurat głód, czy będzie zadowolony. A tak naprawdę zależy od odpowiedniego algorytmu, bo choć tura zobaczymy, usłyszymy i dotkniemy, to jednak w rzeczywistości go nie ma.
Zobaczymy nie gołym okiem, ale za pomocą własnego przenośnego urządzenia albo infokiosku, który już stoi przy 25-metrowym wybiegu dla tura koło małpiarni. Wybieg wydaje się pusty, ale tur pojawi się, jak tylko na nasz smartfon lub
tablet ściągniemy darmową aplikację. W czasie rzeczywistym zaczyna się wówczas wyświetlać zwierz jak żywy.
- Miał być mamut, dinozaur albo tygrys szablozęby, ale dyrektor zoo zasugerował tura - mówi 22-letni Piotr Szwach, współautor wirtualnego ssaka. - Na pierwszym spotkaniu dyrektor był raczej niechętny. Pewnie myślał, że jesteśmy z gatunku wiecznie niedospanych i nieprzytomnych informatyków, którzy nocami grają w gry i nie zdają sobie sprawy z istnienia rzeczywistego świata - śmieje się. - Ale jak zobaczył tura, od razu przyklasnął i wyznaczył miejsce na wybieg.
Tura stworzyli Piotr Szwach, Wojciech Roszkowiak i Łukasz Jerciński z Instytutu Informatyki Politechniki Wrocławskiej. Zespół kierowany przez dr. inż. Pawła Myszkowskiego wygrał w konkursie na najlepszą
pracę dyplomową, w którym rywalizował z 60 projektami. Nad pomysłem pracowali przez trzy miesiące, podglądając żubry w zoo oraz przesiadując w kawiarni w Pasażu Grunwaldzkim - kelnerki były pierwszymi świadkami wskrzeszania tura, a po wygranym konkursie załatwiły chłopakom zniżkę. Tur zwany Arturem pojawi się we wrocławskim ogrodzie wiosną, na wybiegu z tabliczką: "Tu byłby tur, gdyby żył". - Nie słyszałem, żeby dotąd gdziekolwiek w ogrodzie zoologicznym mieszkało wirtualne zwierzę, chyba będziemy pierwsi - mówi Radosław Ratajszczak, dyrektor wrocławskiego zoo. - To świetny projekt, który uzmysławia nam, co straciliśmy. Już Jagiełło objął tury ochroną, bo zapewniały mięso na czas wojen. Polowało się na nie tylko z upoważnienia króla, na przykład przed rozgrywkami z Krzyżakami. Kłusownicy jednak zrobili swoje - ostatni tur na świecie wyginął właśnie u nas, w XVII wieku w nieistniejącej już Puszczy Jaktorowskiej koło Warszawy. Teraz będziemy mieli szansę znów zobaczyć tura; co prawda symulowanego, ale znakomicie.
Artur to zlepek "tur" i "AR", w angielskim Augmented Reality, czyli technologia rozszerzonej rzeczywistości. - Pozwala ona na wzbogacanie świata w elementy, które tak naprawdę nie istnieją - Piotr podaje mi telefon, przez który widzę na stole własną rękę, pióro, notatki i imbryk, tak realny, że mam ochotę go dotknąć. Ręka, pióro i kartki są prawdziwe, ale imbryka nie ma. - AR to przyszłość informatyki - dodaje Wojciech Roszkowiak. - Pozwoli na nowy sposób prezentacji, np. weźmiemy do ręki gazetę, gdzie postacie na zdjęciach zaczną się ruszać i mówić. W Japonii powstał już prototyp okularów do oglądania takiego mieszanego świata. Teraz to nowość, która pewnie za kilka lat będzie czymś banalnym.
Więcej na www.artur.ii.pwr.wroc.pl