W lipcu zeszłego roku, gdy Bartuś miał 11 miesięcy, zapadł na ciężką sepsę. Lekarze z Wojewódzkiego Centrum Medycznego w
Opolu cudem uratowali mu życie. Jednak w wyniku martwicy, która objęła ręce i nogi, trzeba było amputować znaczne fragmenty wszystkich kończyn - ręce na wysokości łokci, jedną nogę poniżej kolana, drugą na wysokości uda.
- Jeszcze kilka lat temu Bartek byłby skazany na wegetację w łóżku lub na wózku, jednak dzisiejsza medycyna i technika sprawią, że jakość jego życia może być zupełnie inna - mówi dr Joanna Łaba z Opola, opiekująca się chłopcem i koordynująca zbiórkę pieniędzy na protezy dla niego.
Wykona je belgijska firma V!GO-Ortho działająca także w Polsce. - To najmłodsze i najmniejsze
dziecko, jakie zaopatrzymy w protezy - mówi protetyk Paweł Błachowski, magister fizjoterapii, kierownik warszawskiego oddziału firmy, która jako jedyna w kraju zaoferowała oprotezowanie tak małego dziecka po tak poważnych amputacjach. - To dla nas prawdziwe wyzwanie. Wychodzimy z założenia, że im szybciej malec zacznie oswajać się z protezami, tym lepiej będzie sobie z nimi z czasem radził.
Na początek Bartek dostanie tzw. kosmetyczne protezy rąk wykonane na bazie sylikonu. Ich konstrukcja umożliwia tzw. wrolowanie ich na kikuty. Między sylikonem a skórą wytwarza się podciśnienie, co sprawia, że sylikon przykleja się do ciała, a protezy utrzymują się we właściwym miejscu.
Będą one służyć chłopcu przede wszystkim przy podpieraniu się podczas zmiany pozycji czy przy prowadzeniu go przez osobę dorosłą. Będzie mógł także przy użyciu obydwu coś przytrzymać lub przysunąć bliżej - będą więc pełnić funkcje podpórcze, a nie chwytne. Podstawowym celem zakładania takich protez jest oswojenie malca z tym, że na kikutach coś jest, że istnieje jakieś ich przedłużenie.
To ważne, tym bardziej że zdaniem mamy Bartka Jolanty Kurhofer chłopiec już się orientuje, że z jego rękami coś jest nie tak. - Czasem, przy zabawie czy jedzeniu patrzy na moje ręce, a potem na własne, jakby rozumiał, że istnieje różnica - mówi pani Jolanta.
Sylikonowe protezy rąk ściąga się na noc, tak by kikuty odpoczęły od ucisku, któremu będą poddane przez cały dzień.
Takie protezy Bartek będzie nosił do trzeciego, może czwartego roku życia. Potem będzie to już niemożliwe - gabaryty dziecka zwiększą się, a że sylikon jest dosyć ciężkim materiałem o wysokiej gęstości, trzeba go będzie zastąpić innym, inaczej protezy byłyby za ciężkie. - Chłopiec miałby po prostu kłopot ze sterowaniem sylikonowymi rękoma - mówi Błachowski.
Kolejnym etapem będzie zastosowanie bardziej skomplikowanych protez - mechanicznych, a może też mioelektrycznych, czyli sterowanych za pomocą elektrod przewodzących impulsy generowane przez mięśnie kikuta do mechanizmu sztucznej dłoni.
Z tym jednak w przypadku Bartka może być kłopot, bowiem posługiwanie się protezami mioelektrycznymi wymaga długotrwałych, żmudnych ćwiczeń przy pełnej świadomości i z czynnym udziałem pacjenta. Tymczasem Bartek urodził się z zespołem Downa i na razie lekarze nie potrafią powiedzieć, jak dalece chłopiec będzie w stanie współpracować z fizjoterapeutami i protetykami przy nauce korzystania z protez mioelektrycznych. Musiałby nauczyć się napinania wybranych grup mięśniowych, aby generować impulsy przewodzone przez stykające się ze skórą elektrody, które z kolei wprawiają w ruch odpowiednie części protez, przede wszystkim dłoń.
- Taką ręką można chwytać. Modułem roboczym są tu trzy palce: kciuk, wskazujący i serdeczny, odpowiedzialne za chwyt - mówi Błachowski. - Podobnie jak w zdrowej ręce: u zdrowego człowieka manipulatorem są także przede wszystkim trzy palce.
Jeśli nie powiedzie się próba z protezami mioelektrycznymi, można będzie założyć Bartkowi mniej skomplikowane protezy mechaniczne uruchamiane za pośrednictwem specjalnych cięgien.
Jeśli chodzi o nogi, sytuacja jest prostsza. Na początek trzeba zrobić wszystko, aby spionizować chłopca, który na razie nawet nie raczkuje. Bartkowi amputowano jedną nogę poniżej kolana, drugą - powyżej. Większym kłopotem będzie przygotowanie protezy na kikut uda, który będzie musiał znaleźć się w specjalnym wgłębieniu protezowym; potrzebne też będzie indywidualne zawieszenie dla protezy. Jakie będzie najlepsze, okaże się z czasem.
Pierwsze protezy nóg dla Bartka wykonane będą z lekkich żywic akrylowych i tzw. wkładek kampolitowych. Będą miały stopy - najmniejsze obecnie dostępne na rynku.
Z czasem można będzie pomyśleć o bardziej skomplikowanych rozwiązaniach, jak np. stopy z włókna węglowego, które umożliwiałyby dynamikę chodu i upodobniły go jak najbardziej do chodu naturalnego. Potrzebny też będzie wysokiej jakości staw kolanowy.
- Dzieci dość szybko adaptują się do nowych sytuacji, w jakich się znajdują, mamy więc nadzieję, że będzie tak i w przypadku Bartka, choć kolosalne znaczenie ma tu to, że amputacja objęła wszystkie cztery kończyny - podkreśla Błachowski.
Czy Bartek ze swoim upośledzeniem będzie sobie radził z protezami? Tego na razie nie wiadomo. Najprawdopodobniej nie będzie kłopotu z protezami nóg; przy ich wykorzystaniu zadziała intuicja i trening, chłopiec już w ciągu pierwszych miesięcy powinien zacząć chodzić.
Bartkowi kibicuje rodzina i przyjaciele. Zbierają dla niego pieniądze - koszt protez na pierwsze trzy lata to co najmniej 60 tys. zł. Ich komponenty trzeba bowiem wymieniać co sześć miesięcy, tak by protezy "rosły" razem z dzieckiem. Potem, gdy Bartek podrośnie, trzeba będzie zapłacić za protezy wyższej klasy.
Narodowy Fundusz Zdrowia refunduje ledwie drobny ułamek tych wydatków: 2800 zł przy amputacji uda i 1500 zł przy podudziu, przy średnim koszcie protezy minimum 7500 zł.
Historię Bartka oraz numer jego konta można znaleźć na stronie
Dla Bartusia - Gazeta Opole