I całe szczęście, bo gdyby wierzyć w to, co w "Super Expressie"
prorokuje ponoć najsłynniejszy nasz jasnowidz Krzysztof Jackowski, to pozostaje palnąć sobie w łeb.
"Krach na giełdzie,
bezrobocie 23 proc., rozpad Unii Europejskiej, zamieszki we Francji,
benzyna po 6,90 zł, kompromitacja polskiej reprezentacji na Euro 2012". Choć jest też łyżka miodu w tej beczce dziegciu, np. wizja odejścia w polityczny niebyt Jarosława Kaczyńskiego i Tadeusza Rydzyka.
Na co dzień krotochwilne tabloidy traktują noworoczne przepowiednie ze śmiertelną powagą, podczas gdy dla gazet poważnych to najwyżej świąteczny żart, którym bawią się politycy, aktorzy czy ekonomiści. Wyjątkiem jest "Newsweek", który najwyraźniej zapatrzył się w moc szklanej kuli i
już trzeci rok z kolei poprosił astrologa, by "sporządził prognozę przyszłości świata i Polski".
Prawie spadłem z krzesła, czytając o "śmiercionośnym i transformującym Plutonie", "
horoskopie naszego państwa", w którym "restrykcyjny i kojarzony z biedą Saturn będzie przechodził przez drugi dom odpowiadający za finanse, tworząc kwadraturę do Księżyca (społeczeństwo) i Wenus (pieniądze)".
Czytałem zachęcony obiecującym wstępem: "Można wierzyć w to, co mówią gwiazdy, można nie wierzyć - przeczytać warto". Czyżby?
Autorem gwiezdnych prognoz jest dr Piotr Piotrowski. To nie byle kto - regularnie publikuje na łamach "Gwiazdy Mówią" i "Wróżki", stawia horoskopy karmiczne (na temat poprzednich wcieleń), elekcyjne (kiedy najlepiej zabrać się do czegoś) i horalne (a to już odpowiedź na dowolne pytanie).
Z wartych odnotowania sukcesów chwali się udaną prognozą katastrofy w Smoleńsku (tj. dla prezydenta przewidział z gwiazd "drastyczną zmianę na polu osobistym"). Wprawdzie w zeszłym roku niezbyt się popisał, kiedy prognozował (w "Newsweeku" także), że Ruch Palikota nie odegra w wyborach żadnej roli, ale jak widać, redakcja dała mu jeszcze jedną szansę.
Nie wiem tylko, czy ja dam "Newsweekowi" jeszcze jedną szansę. Nawet jeśli z największą dozą życzliwości przyjmę, że prognozy astrologa umieszczono w dziale "Polska", by przekornie dać do zrozumienia, że w naszym kraju wciąż jeszcze są możliwe wszelkie absurdy.
Trochę się boję, że redaktor naczelny "Newsweeka" właśnie sięga po laleczkę wudu w moim kształcie i zaczyna wbijać w nią szpileczki. Nie, oczywiście, że w takie czary nie wierzę, ale podobno one działają także na niewierzących.