Irena Cieślińska: O czym pan myśli? Prof. Piotr Pierański: Zna pani taką zabawę z guzikiem na nitce? Nawleka się guzik na nitkę, nakręca go, a potem pociąga za końce nitki - tak że guzik zostaje wprawiony w niezmiernie szybkie obroty i zaczyna wydawać taki zabawny dźwięk bzzz, bzzz.
I o tym pan myśli? - Proszę sobie wyobrazić, że nikt jeszcze ruchu takiego guzika nie opisał. Mam na myśli opis naukowy. Przejrzałem literaturę. Szukałem linków do hasła "guzik z pętelką" przez
Google'a i Google'a Scholar. Nic. Pustynia. Namówiłem więc mojego studenta, by zmontował doświadczenie.
Ale po co? - Tak po prostu, z ciekawości. Bawiliśmy się z bratem w dzieciństwie takim guzikiem godzinami. Najlepsze były duże guziki od płaszcza taty. Trzeba je było na czas eksperymentu odciąć. Bawię się tak i dziś. Ale teraz przynajmniej w ramach pracy.
Zazdroszczę takiej pracy. - Ale prawda jest taka, że nie można budować swojej kariery naukowej, zajmując się wyłącznie takimi problemami. To są rodzynki w cieście, a nasza codzienność naukowa to nie tyle efektowne zabawy, ile ślęczenie nad zagadnieniami, które mają jakieś istotne znaczenie. Nawet jeżeli nie opowiada się o nich łatwo i miło. Chociaż, czasem zdarza się połączyć jedno z drugim.
Na przykład? - Dziesięć lat temu, razem z Andrzejem Stasiakiem badaliśmy, w jakim stopniu węzły osłabiają liny, na których zostały zawiązane.
To ważne dla alpinistów? - Andrzej interesuje się zawęźleniem długich cząsteczek biologicznych - nici DNA czy białek. Takie zawęźlenie może całkowicie zmienić ich własności. Nie przypadkiem w komórkach istnieją specjalne "przeciwsplątaniowe" enzymy - topoziomerazy. Chcieliśmy wykonać eksperyment - wiązać węzły na linach i sprawdzać, pod jakim ciężarem taka zapętlona lina się zrywa. Kłopot w tym, że alpinistyczne liny wytrzymują obciążenie kilku ton, więc żeby je zerwać, potrzebowalibyśmy specjalnych maszyn. Z kolei cienkie nitki, sznurki czy żyłki też nie wchodziły w grę. Rwały się tak szybko, że nie sposób było zarejestrować tego procesu. Próbowaliśmy to nagrywać w laboratorium wojskowym przy użyciu ultraszybkiej kamery, która rejestruje ruch pocisku przebijającego pancerz.
I co? - Nic z tego. Żyłka była szybsza od pocisku. Ale w końcu wpadłem na to, żeby użyć włókien żelu skrobiowego, czyli mówiąc po ludzku -
spaghetti.
Siedział pan przy obiedzie i nagle pomyślał, że można by robić węzły na makaronie? - No tak to było. Wiem, że brzmi to niepoważnie, ale wyniki otrzymaliśmy jak najbardziej serio. Wyszło nam, że najsłabsze miejsce leży tuż za tym miejscem, gdzie lina wchodzi do węzła i jej zakrzywienie jest największe. Wydaje się nam, że to uniwersalne - zarówno dla nitek spaghetti, jak i dla DNA i lin alpinistycznych.
Pana badania układają się w pewien wzór - guziki, pętelki... - Cóż, ponoć ten, kto ma młotek, widzi wszędzie gwoździe. Jak się zacząłem koncentrować na węzłach, widziałem je niemal wszędzie. Czy pani wie, że są takie stworzenia morskie - dość prymitywne zresztą - które same zaplątują na sobie węzły?
Nie wierzę. - Śluzice - przypominają bezokie węże, czy może węgorze - mają gładkie, walcowate ciała pokryte lepkim śluzem (śluz ten potrafią zresztą wytwarzać na zawołanie, w olbrzymich ilościach). Nie mają kończyn ani płetw. Jak w takiej sytuacji mają wgryźć się w ciało martwego wieloryba, na którym żerują? Zawiązują się na węzeł i przesuwając ten supeł wzdłuż ciała, w stronę głowy, wykorzystują go jako coś, czym mogą się odepchnąć. W ten sam sposób uwalniają się, gdy chwycić je za ogon albo jakiś drapieżnik chce je połknąć.