http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Prof. Wolszczan: czy da się żyć w czarnej dziurze?

rozmawiał Piotr Cieśliński
2011-09-07, ostatnia aktualizacja 2011-09-07 13:24

Żeby zmienić i przekonstruować cywilizację, potrzeba wielkiego wstrząsu - na przykład odkrycia życia. Albo jeszcze lepiej - obcej inteligencji poza Ziemią. Trudno sobie wyobrazić, by takie odkrycie, jeśli nastąpi, pozostało dla nas obojętne.


Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
Piotr Cieśliński: O czym pan myśli?

Aleksander Wolszczan: Jakie szanse ma życie w pobliżu gwiazd, które są u kresu swej ewolucji kosmicznej, takich jak czerwone olbrzymy, białe karły, gwiazdy neutronowe, czarne dziury.

Przy czarnej dziurze da się w ogóle żyć?

Kto wie? Wygląda na to, że życie ma się najlepiej, kiedy jego chemia opiera się na węglu, ale wykluczyć nie można niczego.

Dużo gwiezdnych wraków jest w kosmosie?

Białych karłów całe mnóstwo, bo są pozostałością po gwiazdach takich jak nasze Słońce, których w galaktykach jest najwięcej. Dlatego to mnie fascynuje. Możemy myśleć o życiu tu i teraz, ale warto się też zastanowić, co się stanie, kiedy nasza gwiazda się zestarzeje.

I co się stanie?

Biały karzeł powolutku stygnie przez długie miliardy lat. Mimo to może istnieć wokół niego ekosfera, czyli obszar, w którym życie mogłoby radzić sobie całkiem dobrze. Problem jednak w tym, że zanim Słońce stanie się białym karłem, czeka je etap czerwonego olbrzyma, kiedy jego rozmiary powiększą się wielokrotnie. A jeszcze wcześniej, już za 2 mld lat, tak się rozgrzeje, że życie na Ziemi w takiej formie jak teraz będzie nie do utrzymania.

A więc nie ma dla nas nadziei?

Niekoniecznie. Można przewidzieć teoretycznie, co się dzieje z planetami w czasie, kiedy ich macierzyste gwiazdy zamieniają się w białe karły albo - jeśli są bardzo masywne - w gwiazdy neutronowe lub czarne dziury. Całkiem możliwe, że po tych wszystkich gwałtownych przejściach koło umarłej gwiazdy mogą narodzić się też nowe globy. Prawie na pewno tak było z planetami, które odkryłem w 1991 r. przy gwieździe neutronowej.

To była sensacja - pierwsze znane planety poza Układem Słonecznym. Jest pan spełniony jako naukowiec?

Nigdy nie można sobie pozwolić na to, by uznać: jestem tam, gdzie chciałem być, i już nic więcej nie muszę, niczego więcej od życia nie oczekuję. Ale od czasu odkrycia planet żyję w przekonaniu, że zrobić coś lepszego będzie bardzo trudno. Albo może nawet - postawię kropkę nad i - to niemożliwe.

To pesymistyczne.

Już się z tym pogodziłem. Ale nie zamierzam z tego powodu iść na emeryturę czy zmieniać profesji. Mam impuls odkrywcy i głodną ciekawość, które zawsze mnie napędzały, i to się nie zmieniło. Tak długo, jak długo będę w stanie prowadzić badania i ekscytować się odkryciami, nie mam zamiaru powiedzieć "dość".

Kiedy przychodzą panu najlepsze pomysły?

Rano. Nie jestem nocnym markiem, zawsze podziwiałem kolegów na studiach, którzy potrafili uczyć się całe noce do egzaminów. Ja nocą muszę spać i kropka.

Trochę dziwne jak na astronoma.

Może nie jest to dobra cecha z profesjonalnego punktu widzenia, ale jakoś daję sobie radę.

Na ogół dobre pomysły wymagają czasu, muszą dojrzeć. To oznacza okresy w miarę rutynowej pracy przerywane krótkimi chwilami burzliwej aktywności, kiedy pojawia się nowa idea. Po czym na jakiś czas powraca rutyna.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 4
  • 2
  • 2
  • 2
  • 16 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    71 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':