Całkowicie zniszczona została maszyna Mi-24, nazywana "latającym czołgiem". To śmigłowiec bojowy, który służy do atakowania przeciwnika na ziemi. Do zdarzenia doszło około godz. 10 czasu polskiego w bazie Ghazni. Mi-24 z pięcioma żołnierzami na pokładzie (czterech Polaków i Amerykanin) właśnie startował.

W czasie tzw. manewru ważenia (rozpędzona maszyna jest już przy końcu pasa startowego, unosi ogon i przechyla się na bok), doszło do awarii tylnego wirnika. Żołnierze zdążyli uciec z maszyny, a wtedy śmigłowiec uderzył o ziemię i zapalił się. Straż pożarna ugasiła maszynę, ale wojsko przyznaje, że ten Mi-24 nie nadaje się już nawet do remontu.

Nikomu z obecnych na pokładzie maszyny nic się nie stało.

Wojskowa komisja, która bada przyczynę wypadku polskiego Mi-24 rozpatruje dwie hipotezy. Albo doszło do awarii tylnego wirnika (do tej pory się to nie zdarzyło, maszyna miała być jeszcze długo eksploatowana), albo śmigłowiec został ostrzelany. Tyle, że nie ma informacji, by w momencie startu słychać było strzały a helipad, czyli pas startowy w bazie Ghazni jest otoczony wysokim murem. Wyniki pracy komisji znane będą za kilka dni.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej