Piotr Pacewicz: Ma pani dzieci z próbówki?

Monika Różycka: Tak i chcę o tym opowiedzieć. Jurek ma sześć lat, Marysia trzy. Są superzdrowe i absolutnie genialne - tak pewnie mówi każda mama (śmiech). Wiele lat życia poświęciłam, by zajść w ciążę. Najpierw chodziłam do różnych endokrynologów, takich czarodziejów od leczenia hormonalnego. Bez skutku. Potem trafiłam do warszawskiej kliniki nOvum dr. Piotra Lewandowskiego, ale i tutaj najpierw in vitro nie dawało skutku. Dopiero za czwartym czy piątym razem się udało, miałam już 36 lat, nawet dr Lewandowski nie umiał mi odpowiedzieć dlaczego.

Jakie to było in vitro?

- Stosowaliśmy wszystkie możliwe metody, w tym mikromanipulację [pod kontrolą elektronicznego mikroskopu lekarz umieszcza wybrany plemnik w komórce jajowej]. Jurek i Marysia są z mrożonych zarodków. W obie ciąże zaszłam we wrześniu. Może tak działa mój organizm, taką ma tajemnicę, której nawet biskupi nie znają.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej