Po ostatnim liście biskupów ponownie rozpętała się burza wokół leczenia niepłodności za pomocą technik rozrodu wspomaganego medycznie, zwłaszcza in vitro. Ogarnia mnie przygnębienie i rozgoryczenie. Oczekuję, że ci, którzy z taką zawziętością zwalczają leczenie choroby niepłodności udzielą sensownych odpowiedzi.

Nie chodzi tu o sam zakaz leczenia, ale o karanie finansowo niepłodnych par, dlatego że pragną własnego potomstwa.

Dlaczego społeczeństwo bez oporów ponosi konsekwencje finansowe leczenia raka płuc i krtani, chorób sercowo-naczyniowych, chorób wątroby, infekcji HIV i AIDS u osób, które same się przyczyniły do swojej choroby? Dlaczego rządzący w imieniu społeczeństwa odmawiają pomocy tym, którzy pragną mieć własne dzieci, twierdząc, że nas nie stać na leczenie niepłodności metodą in vitro?

Dlaczego w krajach o podobnym statusie ekonomicznym, jak Czechy, Słowacja, Słowenia, Węgry, Chorwacja, nie mówiąc o krajach dawnej Wspólnoty Europejskiej, niepłodne pary przy leczeniu niepłodności technikami rozrodu wspomaganego medycznie otrzymują pomoc finansową państwa? Nikt tam nie twierdzi, że wydatki te rujnują finanse przeznaczone na ochronę zdrowia lub że przy refundacji in vitro nie będzie za co leczyć chorób serca i nowotworowych.
Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej