Wczoraj w sprawie strajków lekarzy władza przemówiła ostrym głosem. Premier Jarosław Kaczyński zapowiedział, że "gdyby doszło do generalnego zagrożenia życia i zdrowia tysięcy Polaków, to trzeba by się odwołać do dalej idących kroków".

Czy to punkt zwrotny w reakcji rządu? Czy posypią się zawiadomienia do prokuratury?

Krzysztof Bukiel, szef Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy: Znów nas straszą. Ale pan marszałek Dorn myli lekarzy z posłami. Ich może strofować, my jesteśmy wolnym zawodem. Skoro jesteśmy takim problemem, wszyscy zwolnimy się z pracy i tak pomożemy rządowi.

Marszałek Sejmu Ludwik Dorn zaczął "straszenie" rano w radiowych "Sygnałach Dnia". W grudniu 2005 r., jeszcze jako szef MSWiA, zagroził wzięciem lekarzy w kamasze, gdy zapowiedzieli zamknięcie gabinetów, bo nie godzili się na podpisywanie niekorzystnych - ich zdaniem - kontraktów z NFZ. - Towarzystwo się przestraszyło i 1 stycznia 2006 wszystkie gabinety były otwarte - chwalił się wczoraj w radiu.
Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej