Kłopoty Krawczyka zaczęły się pod koniec stycznia. Według źródeł "Gazety" prezydent Lech Kaczyński otrzymał wówczas - prawdopodobnie z komisji weryfikującej WSI - informację, że jego minister był zarejestrowany jako agent wojskowych służb specjalnych PRL.

Krawczyk zapewnia, że nigdy agentem nie był i wyjaśnia, że w lutym 1982 r. został zatrzymany przez patrol wojskowy z plecakiem ulotek. Po nocy spędzonej w areszcie i 10-godzinnym przesłuchaniu zgodził się podpisać zobowiązanie do współpracy z kontrwywiadem wojskowym, by choć na chwilę wyrwać się z aresztu i uspokoić żonę, która była wtedy w ciąży. Potem zerwał współpracę przy pierwszym spotkaniu z oficerem WSW.

Po zapoznaniu się z wyjaśnieniami Krawczyka i materiałami z jego teczki prezydent Kaczyński przez kilka dni zastanawiał się, co robić.

- W grę wchodziło odejście Krawczyka ze stanowiska z powodów zdrowotnych lub urlop ministra na czas wyjaśnienia oskarżeń. Prezydent kilka razy zmieniał zdanie - twierdzi nasz rozmówca z kancelarii Lecha Kaczyńskiego.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej