38-letni Andrzej N. skazany na dożywotnie więzienie

Były sanitariusz o pseudonimach "Koń" i "Doktor Ebrantil". Pięć lat temu dowiedzieliśmy się o jego istnieniu od jednego z kierowców karetek. Tak nam opowiadał: Jest człowiek, który uśmiercał ludzi. Jawnie, na oczach innych. To sanitariusz "doktor Ebrantil". Ebrantil to lek obniżający ciśnienie krwi. Serce staje i koniec.

Przykład: "Ebrantil" bierze z domu psychicznie chorego, wsiada do karetki, siada z tyłu z pacjentem i wieziemy go do szpitala. Pacjent był fizycznie zdrowy, braliśmy go, bo chciał przez okno wyskoczyć. Mówił trzeźwo, realnie. Jechałem z doktorem, bardzo porządnym - podczas reanimacji często pot się z niego lał. "Ebrantil" dochodzi do nas z tyłu i mówi: - Ja się na medycynie nie znam, ale on odpala. Nie żyje. Doktor mówi: "Zgrywasz się!". Ale patrzy - faktycznie! Chyba nie żyje! Lekarz skoczył: "Dawaj defibrylator [urządzenie do reanimacji]"!
Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej