Krystyna Kurczab-Redlich, autorka książek o Rosji, pojechała do Brześcia z Marią Książak, psychologiem Polskiego Ośrodka Rehabilitacji Ofiar Tortur. Chciały sprawdzić, jak wygląda sytuacja Czeczenów, którzy proszą Polskę o udzielenie im ochrony międzynarodowej.

Od jakiegoś czasu polskie media informują, że na polsko-białoruskiej granicy koczuje kilkusetosobowa grupa Czeczenów. Polska straż graniczna odmawia im wjazdu, twierdząc, że mają oni inny cel niż uzyskanie schronienia.

Ten sam kurs obrały władze krajowe. - Nie będziemy ulegać presji tych, którzy chcą doprowadzić do kryzysu migracyjnego. Nasza polityka jest zupełnie inna. Granica polska jest szczelna. W Czeczenii nie ma wojny, w odróżnieniu od sytuacji sprzed lat - mówił pod koniec sierpnia w TVN 24 Mariusz Błaszczak.

Kurczab-Redlich i Książak, które pracowały w Czeczenii w czasie wojny i doskonale wiedzą, co się tam dzieje także dziś, mówią, że terror trwa, tylko bomby nie spadają. - Każdy młody mężczyzna, z którym tu rozmawiałam, jest po torturach, ucieka przed prześladowaniem, przed ludźmi Ramzana Kadyrowa. Jeden z nich nie mógł się doliczyć, ile razy był torturowany - mówi reporterka. Jak dodaje, ludzie są na skraju załamania. Nie mogą wrócić do Czeczenii, bo grozi im śmierć. - Nie mogą też jechać do Rosji, bo Kadyrow w każdym mieście ma swoich ludzi, jest potęgą ogólnorosyjską. A co gorsza, niebezpieczeństwo grozi nie tylko im, ale także ich krewnym, bo w Czeczenii stosuje się odpowiedzialność zbiorową. Jak ty wystąpisz przeciwko władzy i uciekniesz, to złapią twoją matkę, brata i ich będą torturować - twierdzi Kurczab-Redlich.
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.