Krzysztof Miller, fotoreporter wojenny, zmarł w piątek w wieku 54 lat. Od 1989 r. był związany z "Gazetą Wyborczą". Robił zdjęcia w Afganistanie, Czeczenii, państwach afrykańskich, Gruzji, Bośni, podczas przewrotu w Rumunii i aksamitnej rewolucji w Czechosłowacji. W 2000 r. zaproszono go do jury konkursu World Press Photo. W 2013 r. wydał książkę "13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego", w której opisał swoje doświadczenia jako fotoreportera oraz późniejsze zmagania z wojenną traumą. W 2014 r. prezydent Bronisław Komorowski odznaczył go Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Przez niemal dwie dekady współpracował z dziennikarzem, reportażystą i pisarzem Wojciechem Jagielskim.

Emilia Dłużewska: Pracowałeś z Krzysztofem Millerem 20 lat. Jak to się zaczęło?

Wojciech Jagielski: Przypadkiem. Na początku jeździłem sam, ale magazyn "Gazety Wyborczej" domagał się materiałów ze zdjęciami. Poznałem go w 1991 r. na puczu w Moskwie, Krzysztof pracował wtedy z Marysią Wiernikowską. W 1992 r. pojechaliśmy we troje do Tadżykistanu i Afganistanu. Potem były Zakaukazie, Górski Karabach, Armenia. Od 1993 r. zaczęliśmy jeździć we dwóch. Mało się wtedy znaliśmy, ale łączyło nas podejście do pracy, maksymalizm. Poczucie, że w dziennikarstwie najważniejsze jest bycie świadkiem rzeczy ważnych, że nie można rezygnować. Wiedzieliśmy, że jeśli jedziemy oglądać wybory, to idziemy tam, gdzie stoi urna wyborcza. A gdy jedziemy na wojnę, to musimy być tam, gdzie ona się toczy. To, że jeździliśmy razem, pomogło mi zmienić optykę. Uchroniło przed pokusą oglądania rzeczy ze zbyt dużej odległości. Dziennikarz nie musi podchodzić aż tak blisko, może stanąć w bezpieczniejszej odległości. Fotoreporter nie.
Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej