W czasie stołecznej prezydentury Lecha Kaczyńskiego Marek M. po raz pierwszy położył na stole w ratuszu spis kilkudziesięciu adresów, który zatytułował "Moje grunty warszawskie". Zaskoczonym urzędnikom powiedział, że zamierza przejąć je wszystkie. Ich wartość to kilkadziesiąt milionów złotych.

M. kamienice przejmuje dzięki skupowaniu roszczeń reprywatyzacyjnych. Kilka lat temu pisał do sądu: "Posiadam roszczenia do nieruchomości, ale nabyłem je w większości w dawnych latach, wszelkie te roszczenia nabywane zawsze w udziale i za kwoty od 100 zł do 1 tys. zł (z przewagą transakcji po 100, 200, 300 zł)".

Z zawodu antykwariusz, jest lokatorem mieszkania komunalnego. Kilka lat temu pisał w podaniu do sądu (o zwolnienie z opłat), że jeździ starym autem, bo antykwariat nie przynosi dochodów, jego konto zaś zajął komornik. Co więcej, zysków nie daje też 10-hektarowe gospodarstwo, bo "brak [tam] ziemi nadającej się do uprawy, brak sprzętu, środków finansowych, siedliska". Dlatego czasem finansowo wspiera go matka.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej