Ewa Siedlecka: Właśnie ogłosił pan raport okresowy o przestrzeganiu praw człowieka w Polsce. Nie obawia się Pan, że zostanie przez polskie władze uznany za ingerencję w suwerenność Polski? Krytyka ze strony Komisji Europejskiej i PE w sprawie kryzysu konstytucyjnego tak właśnie została określona. Sejm przyjął nawet rezolucję w sprawie suwerenności.

Nils Muiżnieks: Nie obawiam się, bo zostałem wybrany Komisarzem Praw Człowieka również głosem Polski. Wybrano mnie po to, żebym wykonywał swoją pracę. Prawa człowieka, to nie są wewnętrzne sprawy jakiegokolwiek kraju Rady Europy. To prawa wszystkich i wszyscy sobie w tej sprawie muszą patrzeć wzajemnie na ręce.

Rząd zarzuca panu stronniczość w raporcie.

- Jestem stronniczy: stoję po stronie praw człowieka. We wszystkich krajach badam podobne obszary: dostęp do wymiaru sprawiedliwości, kwestie równości, prawo antyterrorystyczne Kwestie Trybunału Konstytucyjnego podejmowałem w Gruzji i Turcji. W Gruzji chodziło o ataki opozycji na sędziów. W Turcji - o słowne ataki ze strony prezydenta i rządzących polityków. Jednak w żadnym z krajów Rady Europy rządzący nie podjęli działań zmierzających do paraliżu Trybunału. Nie spotkałem się z odmową publikacji i uznawania jego wyroków.
Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej