W czwartek 150 uczniów zespołu szkół na poznańskich Krzesinach dostało na obiad zupę z kalarepy oraz makaron z soczewicą i jogurtem. Do tego kompot lub woda. Według dyrektora Andrzeja Karasia dzieci zjadły z apetytem.

Tak nie jest w każdej szkole. Od kiedy 1 września ubiegłego roku Ministerstwo Zdrowia specjalnym rozporządzeniem ograniczyło doprawianie uczniowskich obiadów solą, pieprzem czy śmietaną, więcej jedzenia ląduje w śmietnikach.

Podobne zjawisko zaobserwowano w prawie połowie badanych szkół - wynika z danych instytutu ABR SESTA, który odpytał 400 losowo wybranych placówek z 15 województw. W niektórych szkołach resztki to ponad jedna czwarta przygotowywanych obiadów (przed zmianami 18 proc.).

- W konsekwencji rodzice zaczęli rezygnować z abonamentu stołówkowego - twierdzi Sebastian Starzyński, prezes ABR SESTA.

Tak się stało w aż 95 proc. badanych placówek.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej