MARIUSZ JAŁOSZEWSKI: PiS, zmieniając ustawę o służbie cywilnej, chce zwolnić wszystkich kierowników i ich zastępców w najważniejszych urzędach, ok. 1,6 tys. osób. Robi miejsce dla partyjnych działaczy, którzy będą pilnować wdrażania programu rządu PiS.

GRZEGORZ MAKOWSKI: W najgorszym wariancie, który też jest znany z historii, dojdzie do wykorzystania administracji publicznej jak w reżimach autorytarnych. Najpierw odchodzono tam od zasady apolityczności urzędników, później od zasady profesjonalizmu i w ten sposób kreowano pulę stanowisk, którymi można było kupować nowych członków partii.

Zamiast dobrej zmiany jest zła kontynuacja, a nawet zwiększenie tego, co w służbie cywilnej było złe.

Co było złe?

- W Polsce służbę cywilną reaktywowano ustawą z 1996 r. za rządu SLD. Jeszcze wcześniej stworzono Krajową Szkołę Administracji Publicznej na wzór francuski. Ale już w 1998 r. była nowa ustawa. A psucie służby zaczęło się właściwie od samego jej początku. W 2006 r., za rządu PiS, był zwrot podobny do dzisiejszego, ale nie aż tak radykalny. Wprowadzono wtedy państwowy zasób kadrowy. Rozmiękczono kryteria kompetencyjne, ograniczono konkursy. Teraz proponuje się niemal całkowite upolitycznienie służby cywilnej.
Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej