DOROTA STEINHAGEN: Zorganizować festiwal jazzowy - owszem. Zebrać pieniądze na pomnik Louisa Armstronga - czemu nie. Ale polityka? Dlaczego przystąpił pan do częstochowskiej grupy Komitetu Obrony Demokracji?

TADEUSZ EHRHARDT-ORGIELEWSKI: Miałem do wyboru: albo spróbuję coś zrobić, albo będę musiał znowu emigrować. Ze swoimi poglądami starałem się dotąd nie afiszować. Ani jako muzyk - muzyka nie ma przynależności partyjnej - a tym bardziej jako prezes PSJT, bo to nie jest funkcja polityczna.

No to co się zmieniło?

- Pierwsze ostrzeżenie przyszło przed wyborami prezydenckimi, gdy przypiąłem sobie kotylion z nazwiskiem Bronisława Komorowskiego. I z pięć razy usłyszałem, czy się nie boję nosić takiej ozdoby. Szczególnie strachliwy nie jestem - w młodości trenowałem boks - ale mną tąpnęło: że w takim niewinnym geście ktoś może widzieć zagrożenie. Jestem pewien, że gdyby na kotylionie było nazwisko Andrzeja Dudy, nikt by mnie nie ostrzegał przed niebezpieczeństwem.
Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej