- Pan nie przyszedł pytać o siebie, tylko o innego mężczyznę - powiedziała wróżka Aneri, kiedy zjawiłem się w jej mieszkaniu.

Głupio mi się zrobiło. Chciałem ją oszukać i podać się za kogoś innego. Specjalnie nawet pojechałem do Poznania, żeby od jego babci dowiedzieć się, o której godzinie przyszedł na świat. Urodził się o północy, w sylwestra 1963 roku. Dla wróżek i astrologów to są bardzo ważne informacje.

Aneri posadziła mnie za stołem, zapaliła świeczkę, przymknęła powieki i zapytała: - Czy ten mężczyzna ma na imię Krzysztof?

"Skąd ona to wie?" - pomyślałem.

- Ten człowiek ma strasznych wrogów - mówi wróżka Aneri. - Chcieli go zabić.

- Kto taki?

- Bandyci.

To wiedziałem. W lecie 1998 r., zbierając materiały do reportażu, dostałem przypadkowo informację, że bandyci wydali wyrok śmierci na Krzysztofa Orszagha, prezesa i twórcę Stowarzyszenia przeciwko Zbrodni im. Jolanty Brzozowskiej.
Pozostało 99% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej