"Wyborcza" poznała szczegóły zarzutów postawionych sprawcom brutalnego pobicia wiceszefa Komisji Nadzoru Finansowego Wojciecha Kwaśniaka. Akt oskarżenia dwa tygodnie temu wpłynął do warszawskiego sądu.

To pierwsza od 1989 r. taka sprawa. Dotąd nie zdarzyło się, by ktoś dokonał zamachu na tak ważnego urzędnika w związku z wykonywaniem przez niego w imieniu państwa ustawowych zadań.

Wojciech Kwaśniak uszedł z życiem być może tylko dlatego, że się bronił. SKOK Wołomin, który kontrolował, okazał się zaś jedną z największych afer finansowych w Polsce.

Bił pałką po głowie

Był 16 kwietnia ubiegłego roku. Dochodziła godzina 19. Kwaśniak podjechał służbowym samochodem pod dom na obrzeżach Warszawy. Wracał z biura KNF w centrum Warszawy. Zamknął furtkę. Gdy dochodził do schodów, zza rogu wyskoczył dobrze zbudowany mężczyzna w kominiarce. Podbiegł do Kwaśniaka i zaczął okładać go po głowie teleskopową pałką. Uderzył kilka-kilkanaście razy w głowę, twarz, szyję, bark. Kwaśniak zaczął się bronić. Zasłonił się ręką. Ściągnął napastnikowi kominiarkę. Nie widział dokładnie jego twarzy, bo ten miał naciągniętą na nią pończochę. Bandyta się wycofał. Uciekł za dom, przeszedł przez dziurę w siatce i pobiegł do lasu. Jedyny ślad po nim to zakrwawiona pałka, którą porzucił w czasie ucieczki.
Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej