Dyrektorka świnoujskiej podstawówki jest pewna, że obie sprawy - marsz i pobicie - mają związek. Szóstoklasiści przyznali to szkolnemu pedagogowi. - Ci chłopcy znają się od zerówki, zawsze się kolegowali - opowiada "Wyborczej". - Jeden z nich ma obco brzmiące nazwisko, ale to przecież nic nowego. Dlatego to straszne, że nagle po tym marszu koledzy uznali, że będą go przezywać "imigrant" i "uchodźca". Na przezwiskach się nie skończyło, doszło do rękoczynów.

Szkoła (jej numeru nie podajemy ze względu na dobro chłopca) po zdarzeniu poinformowała rodziców, zorganizowała też spotkania uczniów z pedagogiem. - To nie jest tak, że wcześniej nie mówiliśmy w szkole o tolerancji. Mówiliśmy! Przecież to podstawa wychowywania - zastrzega dyrektorka. - Ale ten problem jeszcze nigdy nie był tak blisko tych dzieci. One słyszą, jak wypowiadają się politycy, co mówią ich rodzice. I jeszcze ten marsz - przecież to był pokaz nienawiści.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej