- Organizujemy tę konferencję, bo nie podoba nam się państwo, które zachowuje się nieracjonalnie. Podsyca lęk przed narkotykami, co się nazywa narkofobią. Zakazuje ludziom leczenia się rośliną używaną w medycynie od wieków, o której coraz więcej wiemy, że pomaga na wiele chorób i w porównaniu z innymi lekami ma zgoła niewinne skutki, nawet przyjemne. Nie podoba nam się kraj, gdzie o leczeniu ludzi nie rozmawiają naukowcy i lekarze, ale policjanci i prokuratorzy - rozpoczął konferencję Piotr Pacewicz z "Gazety Wyborczej".

- Chcę, aby przyszłość mojego dziecka i wielu pacjentów uległa poprawie. Dziś o tej przyszłości nie decydują lekarze, ale urzędnicy. Chciałabym, aby do serc i umysłów tych ludzi dotarły informacje, które sprawią, że kiedyś obudzimy się w kraju przyjaznym pacjentom - dodała Dorota Gudaniec z fundacji Krok po Kroku, matka sześcioletniego Maksa, który urodził się z zespołem Downa. Okazało się jednak, że choruje także na padaczkę lekooporną o bardzo nasilonym przebiegu.

Historia Maksa. "Kazano godnie pożegnać się z synem, bo dzieci umierają"

- Przez pięć lat przećwiczyliśmy wszystkie leki w różnych konfiguracjach. Skończyło się zatrzymaniem rozwoju. Syn stracił wzrok na dwa lata na skutek zażywania dopuszczonego do obrotu leku. Aż trafiliśmy na dr. Marka Bachańskiego. Z kilkuset napadów dziennie mieliśmy redukcję do kilkudziesięciu. Szaleliśmy ze szczęścia - opowiadała Dorota Gudaniec.

- Ale w lipcu ubiegłego roku nastąpił przełom. Maks wpadł w ciężki stan padaczkowy. Trzeba była go wprowadzić w stan śpiączki farmakologicznej. Spędził pięć tygodni na OIOM-ie. Miał tego nie przeżyć. Nikt nie dawał mu żadnej szansy. Kazano mi się godnie pożegnać z synem, pogodzić z jego śmiercią, bo dzieci umierają. Kazano mi przestać szaleć. Ale ja szalałam dalej - wspominała.

Dorota Gudaniec szukała ratunku wszędzie. - Bioenergoterapeuci, pielgrzymki - wymieniała. Aż w końcu dowiedziała się o marihuanie medycznej. - Do tej pory nic o niej nie wiedziałam, ale okazało się, że "ta zła rzecz" może pomóc. Załatwiliśmy import docelowy suszu, z którego robiliśmy masło. Dzisiaj Maks funkcjonuje. Zaczyna siadać, śmieje się. A przez pięć lat ani razu się nie uśmiechnął. Twarz-maska! - mówiła.
Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej