W PiS-owski projekt "Pilnuj urny" w Warszawie jest zaangażowanych blisko 2 tys. osób. Działają jako "korpus ochrony wyborów". Doświadczeni partyjni działacze organizują ludzi do komisji wyborczych i na mężów zaufania. A wszystko z powodu podejrzeń o fałszerstwa na masową skalę.

Przed tygodniem w pierwszej turze wyborów prezydenckich ta siatka wolontariuszy dostała dwa zadania: czuwać przy urnach i gromadzić dane z lokali do głosowania. Bo PiS nie tylko pilnował, ale też liczył. Spisywał dane z protokołów, fotografował je lub przesyłał SMS-y z wynikami.

"Dane przesłaliśmy do centrali"

- To była poważna operacja logistyczna - przyznaje Dariusz Figura z władz stołecznego PiS, który koordynował akcję na Żoliborzu. Jako miejski radny znalazł się w elitarnej grupie 26 koordynatorów terenowych dla Warszawy i okolicznych gmin. PiS-owscy wolontariusze, by dostarczyć wymagane przez partię informacje, pracowali do późnej nocy. - U mnie na Żoliborzu skończyliśmy liczyć przed Państwową Komisją Wyborczą - informuje Dariusz Figura. - Dane przesłaliśmy do centrali przy Koszykowej [siedziba warszawskiego PiS].
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej