Marta (imię zmienione) z Kielc w ciążę zaszła w listopadzie. Jej trzy wcześniejsze ciąże skończyły się poronieniami.

Bardzo o siebie dbała. Na początku stycznia poszła do lekarza. Dowiedziała się, że ciąża obumarła i musi dojść do poronienia. W Szpitalu Kieleckim lekarz podał jej tabletkę, która miała wywołać poronienie. Nie zadziałała, następna też nie.

Do Marty przyszła szpitalna psycholożka. - Myślałam, że może zaproponuje mi jakieś leki na uspokojenie i pomoże przez to przejść. Ale powiedziała tylko, że pochówek jest obowiązkiem. Muszę wybrać płeć i imię dla płodu - opowiada Marta. - Odpowiedziałam, że psychicznie tego nie wytrzymam. Usłyszałam, że innego wyjścia nie ma.

Przy poprzednich poronieniach Marta leżała w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym i w Świętokrzyskim Centrum Matki i Noworodka. Ciąże zakończyły się na podobnym etapie. I nikt nie kazał jej organizować pochówków. - Kiedy powiedziałam o tym psycholożce, stwierdziła tylko, że tamte szpitale łamią prawo - mówi Marta.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej