Marta z Trójmiasta chodziła w czasie ciąży do szkoły rodzenia. Stąd wiedziała o standardach.

Jednym z nich jest możliwość spisania planu porodu. To dokument, w którym ciężarna określa, kto z jej bliskich będzie jej towarzyszył podczas porodu, czy chce korzystać z wanny lub piłki, czy woli mieć nacięte krocze, czy nie itd. Plan Marty - zgodnie z przepisami - został dołączony do jej szpitalnej karty. Kiedy lekarka rzuciła na niego okiem, zaczęły się kłopoty.

- Zdenerwowana dała do zrozumienia, że ten plan podważa jej kompetencje i całego zespołu. Zarządziła, żeby przenieść mnie na salę obserwacyjną, choć od 19 godzin miałam już skurcze, z czego dziewięć spędziłam w szpitalu. Nic nie wyjaśniła, nie zaproponowała przyspieszenia porodu. Gdy ja i mąż zapytaliśmy, co dalej, lekarka odparła, że według niej poród należy natychmiast przyspieszyć dla dobra dziecka, ale przecież my sobie tego nie życzymy, to musimy czekać - mówi Marta.
Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej