Tomasz Urzykowski: Widział pan warszawskie getto?

Gen. Zbigniew Ścibor-Rylski: Oczywiście. Mój wuj pracował wtedy w przedsiębiorstwie Ludwik Spies i Syn w Tarchominie, które produkowało leki. Rozwoziłem je do aptek. Jeździłem po mieście rikszami towarowymi z firmy panów Krajewskich, dwóch braci. Sześć czy siedem razy wjeżdżałem z lekami Spiesa do getta, gdzie też działały apteki. Udawało mi się w tych paczkach, takich specjalnych z żółtymi nalepkami, przemycić tam trochę jedzenia.

W jaki sposób pan tam wjeżdżał?

- Była brama od ulicy Żelaznej. Wachmani sprawdzali nasze legitymacje. To był koniec 1941 r. i początek 1942 r., kiedy jeszcze można było do getta wjechać. Potem te paczki opieczętowane żółtymi nalepkami Spiesa dostarczałem do aptek. Nie tylko zresztą ja. U Krajewskich pracował też mój znajomy jeszcze sprzed wojny - Bohdan Tomaszewski, znany potem komentator sportowy i tenisista.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej