Minister edukacji Krystyna Szumilas zapowiedziała obowiązkową ewidencję czasu pracy nauczycieli. To taki timesheet, jak dla projektów w korporacji, tylko że dla szkoły.

Nauczycielom od lat się wypomina, że nikt nie kontroluje połowy z ich czasu pracy. 18 godz. w tygodniu prowadzą lekcje, z pozostałych zajęć 40-godzinnego tygodnia pracy nikt ich nie rozlicza. Samorządy zażądały, więc MEN chce, żeby nauczyciele mieli obowiązek "rejestrowania najważniejszych dodatkowych zadań w ramach swoich obowiązków, jak: spotkania z rodzicami, doskonalenie zawodowe oraz spotkania rad pedagogicznych". Szczegółów na razie nie ma, minister Szumilas ma je lada dzień ogłosić. Wszystko wskazuje na to jednak, mimo burzy, jaką wywołała jej zapowiedź, że wielkich zmian nie będzie.

Na moją prośbę dziesięcioro nauczycieli przez tydzień prowadziło "Dzienniczek nauczyciela". Umówiliśmy się, że zanotują każdą czynność dla uczniów lub szkoły. Sprawdzanie prac domowych, przygotowanie do lekcji, praca nad uczniowskimi projektami, wymiana doświadczeń z kolegami, spotkania z uczniami i rodzicami. Również zajęcia z internetem - np. prowadzenie szkolnej strony internetowej czy czatowanie z uczniami o ocenach i zadaniach domowych. To są zajęcia, które na nauczycieli nakłada szkoła. Niektórzy wpisali nawet różne prace na rzecz szkoły: zakupy pomocy dydaktycznych, dociąganie kabla z internetem do klas, szkolne akademie itp.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej